piątek, 25 kwietnia 2014
Jakieś trzy tygodnie temu padł mój smartphone. Po tygodniu wrócił z serwisu naprawiony...niestety po kilku raptem dniach usterka wróciła i wrócił też smartphone do serwisu. Póki co "jadę" na zastępczym odcięty od internetów. Tutaj to i może dobrze, że tak się stało. Odpocznie człowiek trochę od "twarzo-książki".
To tyle jeżeli chodzi o rzeczy, które nam kolarzom do szczęścia potrzebne nie są.
Wcześniej była drobna kraksa, w efekcie której wystrzeliła przednia oponka, pojawiły się drobne szlify na klamce i owijce, o szlifach (już znacznie większych) na ciele nawet nie wspominam (jak i o podartych rękawiczkach, rękawkach czy spodenkach).
Co dalej ? Dzisiaj do serwisu poszedł GSC10 czyli czujnik prędkości/kadencji od Garnka. 10 dni (najmniej) treningów na GPS-ie co przyjemne nie jest bo przez ostatnie kilka dni zauważyłem jak wskazania prędkości wyraźnie "pływają". Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat kiedy to serwis Garmina przysłał mi w ciągu kilku dni nowy czujnik z UK, a starego nawet nie sprawdzili co z nim nie tak. Teraz będą serwisować (tak to nazwali). Widać zmieniła się trochę polityka serwisowa... To tak na marginesie.
Więcej. Na dzisiejszym treningu poszła szprycha w przednim Scirocco. Mega bicie, powrót do domu, zmiana koła. Jazdę dokończyłem ale już tyle kaemów ile miałem w planach to nie zrobiłem.
Jak się okazało to szprychy są z prostym łepkiem !!! W jednym źródle na zamówienie (czas oczekiwania to miesiąc), w drugim też trzeba czekać tydzień do 1,5 ale ceny nie znaju... BTW: czemu do kompletu kół Campa nie da choćby dwóch czy trzech zapasowych ??? Póki co kółko w zapasie jest więc nie ma co robić afery...
Do wora trzeba jeszcze dorzucić mocno skrzywiony blat 52 (jak to się stało to nie mam zielonego pojęcia) plus zgubiona jedna śrubka od tarcz...
Tak się zastanawiam czy nie przerzucić się na szachy...;)
Tag :
//
sprzęt
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Są święta. Pewnie nie ja jeden skosztowałem wczoraj trochę %%%. W lany poniedziałek postanowiłem wypocić wszystko i pojechałem pod Aptekę.
Start, Giewont, w lewo na Dobrą....i tak lecieliśmy, lecieliśmy i do mety zrobiła się jakaś dyszka. Dużo nas nie zostało, przyzwoite tempo i upierdliwy wiatr zrobił swoje. Odjechała dwójka. Dałem zmianę, dość mocną, hehe no przyznam, że było z wiatrem. Doszliśmy śmiałków. Tempa nie zwalniałem. Wręcz przeciwnie, pocisnąłem jeszcze mocniej lewą stroną i odjechałem na jakieś sto metrów może. I to nawet nie był żaden skok...pojechałem i tyle. Za jakiś km, może ciut więcej, zostałem łyknięty, a jęzor mi zwisał do pasa.
Jakiś koleś rzekł do mnie bardzo poważnym głosem: "jak nie będziesz wychodził na zmiany tylko tak sobie skakał to sobie tutaj nie pojeździsz". Zamurowało mnie z deczka. Zmiany dawałem. No może mniej niż inni ale czy ktoś to kuźwa liczy czy jak ? Może gość miał taką fazę przez cały trening, że nie widział kto kiedy jest na czubie ? I te skoki...jakie skoki ? To był jedyny moment kiedy wyrwałem się jak idiota do przodu. No i zostałem skarcony jak młody. Nie miałem siły na dyskusję. Coś tam wydukałem grzecznie pod nosem. Miałem jeszcze ochotę powiedzieć: "łap oddech bo kreska się zbliża i może zaraz Ci braknie...".
Im bliżej "mety" tym zapiek większy. Mojego nowego kumpla już z nami nie ma. A ja na kreskę wleciałem dziś trzeci....taka sytuacja ;)
Start, Giewont, w lewo na Dobrą....i tak lecieliśmy, lecieliśmy i do mety zrobiła się jakaś dyszka. Dużo nas nie zostało, przyzwoite tempo i upierdliwy wiatr zrobił swoje. Odjechała dwójka. Dałem zmianę, dość mocną, hehe no przyznam, że było z wiatrem. Doszliśmy śmiałków. Tempa nie zwalniałem. Wręcz przeciwnie, pocisnąłem jeszcze mocniej lewą stroną i odjechałem na jakieś sto metrów może. I to nawet nie był żaden skok...pojechałem i tyle. Za jakiś km, może ciut więcej, zostałem łyknięty, a jęzor mi zwisał do pasa.
Jakiś koleś rzekł do mnie bardzo poważnym głosem: "jak nie będziesz wychodził na zmiany tylko tak sobie skakał to sobie tutaj nie pojeździsz". Zamurowało mnie z deczka. Zmiany dawałem. No może mniej niż inni ale czy ktoś to kuźwa liczy czy jak ? Może gość miał taką fazę przez cały trening, że nie widział kto kiedy jest na czubie ? I te skoki...jakie skoki ? To był jedyny moment kiedy wyrwałem się jak idiota do przodu. No i zostałem skarcony jak młody. Nie miałem siły na dyskusję. Coś tam wydukałem grzecznie pod nosem. Miałem jeszcze ochotę powiedzieć: "łap oddech bo kreska się zbliża i może zaraz Ci braknie...".
Im bliżej "mety" tym zapiek większy. Mojego nowego kumpla już z nami nie ma. A ja na kreskę wleciałem dziś trzeci....taka sytuacja ;)
niedziela, 13 kwietnia 2014
Hiszpania nadal czeka na podsumowanie, trzeba przebrać zdjęcia, podliczyć kilometry... A tymczasem jeżdżę. Pokuszę się nawet napisać, że trenuję ;)
W tym sezonie, po słabo przepracowanej zimie, postanowiłem wpisać w swój kalendarz jak najwięcej łódzkich ustawek. Kolarska karuzela ruszyła na dobre z początkiem kwietnia, a ja mam już zaliczone trzy treningi w zacnym towarzystwie cyklomaniaków.
Wszystko zaczęło się w ostatni weekend marca. Na pierwszy ogień sobotnie Kasztany. Na zbiórce tłoczno, ładna pogoda, jest kilka znajomych twarzy. Rozmawiam z Andrzejem, z którym mam zamiar jechać na otwarcie sezonu w Sobótce. Krótko po starcie kilka słów z "młodym" Leduchem.
Niektórych rowery zapierają dech w piersiach, ale i nie brakuje wśród nas zimówek.
Zjeżdżamy przed Giewontem ze Strykowskiej i zaczyna się trening. Skoki, zaciągi...czyli wszystko to, co na ustawkach jest na porządku dziennym. Noga swędzi (choć wiem, że może mnie to sporo kosztować) i próbuję swoich sił doskakując do małego odjazdu. "Co ma być to będzie". Moja przygoda trwała krótko. Odcięło mnie bardzo szybko...
...i nim się zorientowałem to jechałem już z drugą dywizją. Całe szczęście, że uodporniłem się na tyle, że nie robiłem z tego jakiejś afery. Uświadomiłem sobie jak cienki jestem i ile pracy jeszcze przede mną...
Mimo sobotniej porażki postanowiłem pojechać w niedzielę pod Aptekę. Ta sama ekipa co dzień wcześniej plus Lisek, nowicjusz jeżeli chodzi o tego typu "imprezy". Wszystko było fajnie, pięknie...gdyby nie jakaś pieprzona dziura na trasie. Dziura jak dziura ale jak w pewnym momencie tylne koło jest w górze, a człowiek jedzie w samym środku sporej grupy to przestaje to być zabawne. Nie wiem jak ale zdołałem uniknąć dzwona. Niestety w momencie kiedy tylne koło powiedziało "welcome back" czyli znowu toczyło się po asfalcie, straciłem podsiodłową. Zatrzymałem się i było już po treningu...
Po dwóch tygodniach mogłem pozwolić sobie tylko na niedzielną Aptekę. Dzień przed moimi urodzinami pomyślałem sobie, że fajnie by było sprawić sobie jakiś mały prezent w postaci dobrej jazdy. Dość upierdliwy wiatr sprawił, że dość szybko stawka pękła na pół. Zostałem w czubie (nie cudem) i jechałem co swoje. Mniej więcej na dyszkę do kreski odjechało trzech, potem kolejnych trzech. Skoczyłem i doskoczyłem. Pokazałem sobie, że można. Kawałek dalej dojechało do nas dwóch...Przewaga nie była zbyt mała ale przez chwilę wydawało się, że nas łykną bo im bliżej mety tym więcej "czary mary". Zakręt w lewo, zmarszczka, przejazd. Marek pojechał, ja za nim. Odjeżdżamy we dwóch. Znów pokazałem sobie, że można...
Daję zmiany choć czuję, że pali się już rezerwa... Strzelam Markowi z koła. Nogi powiedziały dosyć. W zasięgu wzroku długa prosta....chyba widzę kreskę. Marek już dość daleko z przodu, ja złapałem oddech i postanowiłem nie dać się dogonić małej grupce z tyłu. Udało się...drugi na mecie. Usmarkany ale drugi...na ustawce ale drugi... Miał być prezent i był prezent...
Fuks ? Chyba nie. To raczej zaczyna wyglądać tak jak powinno. Teraz tylko jeden kierunek. Forma. Może już w czerwcu na MP...a jeżeli nie to później. Nie ważne...
@wiki
Tag :
//
apteka
,
Tag :
//
cyklomaniacy
,
Tag :
//
ja
,
Tag :
//
kolarstwo masters
,
Tag :
//
relacje
,
Tag :
//
treningi
piątek, 21 marca 2014
Trochę mnie nie było...
Dlaczego, przynudzać nie będę. W skrócie: od września ubiegłego roku przez jakieś 4 miesiące nie jeździłem. W styczniu parę razy wsiadłem, w lutym nie więcej niż w styczniu....amen.
Teraz siedzę sobie w Hiszpanii...takie tam rowerowe wczasy, co ze zgrupowaniem kolarskim nie mają absolutnie nic wspólnego.
Dlaczego, przynudzać nie będę. W skrócie: od września ubiegłego roku przez jakieś 4 miesiące nie jeździłem. W styczniu parę razy wsiadłem, w lutym nie więcej niż w styczniu....amen.
Teraz siedzę sobie w Hiszpanii...takie tam rowerowe wczasy, co ze zgrupowaniem kolarskim nie mają absolutnie nic wspólnego.
I tutaj sorprajs bo nie jestem w Calpe ;)
Ale co tam hiszpańskie trasy, co tam katalońskie słońce, co tam piękne widoczki... W "naszym" środowisku zrobiło się gorąco...chyba nawet można powiedzieć, że wybuchła afera.
Sralpe
Nasz świat został niestety brutalnie podzielony. Na tych co zimą trenują w Calpe (tudzież innym śródziemnomorskim kurorcie) i na tych co zimą trenują w Sralpe czyli naszym kochanym kraju.
Przede wszystkim "ktoś" zaczął drążyć temat skąd sama nazwa Sralpe się wzięła. A ponieważ ten "ktoś" wie wszystko o wszystkim i wszystkich to definicję znalazł szybciej niż Maksel kręci na kilometr.
Otóż to nic innego jak szydzenie i naśmiewanie się tych wszystkich bidnych Poloczków trenujących w rodzinnych stronach z tych wszystkich trenujących w Calpe. Bo po jakiego grzyba jeździć gdzieś na drugi koniec Europy skoro u nas też można pokręcić kilometry... Bo naprawdę można, a już na pewno można było tej zimy.
Jestem w Lloret De Mar. Jest pięknie. Jest słońce, jest ciepło. Są góry, jest morze. Barcelona na wyciągnięcie ręki bo zaledwie godzinę dwadzieścia pociągiem. Uwierzcie mi, że gdyby mnie było stać to wpadałbym tutaj z rodziną co roku o tej porze. Pojeździć, wypocząć...
Tegoroczny pobyt trafił mi się jak ślepej kurze ziarno. Tak więc korzystam. Jeżdżę, cykam foty, odpoczywam. Na twarzoksiążce już pewnie co najmniej kilka osób zdążyłem wkurw*ć do czerwoności. Bo oni tam się męczą bidulki w swoim Sralpe a ja mam wysrane na nich i na wszystko wokół nich.
To nie tak. Doskonale wiem jak to jest bo sam jedną zimę spędziłem w Tatrach. Tak, tak, na rowerze. Ciężko trenowałem w mrozie i śniegu podczas gdy kilku moich kolegów spędziło sporą część lutego czy marca w ciepłych krajach. Nie czułem się gorszy od nich i jestem pewien, że oni nie czuli się lepsi ode mnie.
Bo tak to już w życiu jest. Raz na wozie raz pod wozem. Dzisiaj ja jestem tutaj ale za rok mogę być zupełnie w innym miejscu, lepszym miejscu...i to się tyczy nas wszystkich.
Tak więc Sralpe to, tak jak ktoś gdzieś napisał, takie nasze gówniane Calpe. Bez słońca i bez pięknych widoków... Tylko nie do końca to wszystko wygląda na posrane. Wystarczy widzieć to co chcemy zobaczyć i będzie...pięknie. Bo wszędzie da się pokręcić i wszędzie można się zachwycać tym co nas otacza...
A to, że MY nie szukamy okazji aby w końcu wyjechać z naszego szarego kraju i potrenować w ciepełku, tylko siedzimy przed monitorami i wymyślamy Sralpe ??? No cóż. Różni ludzie mają w życiu różne priorytety. Dla jednych całym światem są wyprasowane PRO skarpetki, czy wylizany i świecący łańcuch, dla drugich dom i rodzina...przykładów jest jeszcze więcej ale wiadomo o co chodzi...
Tak więc "bawmy" się ze Sralpe Polska a niekumaty sztywniak niech prasuje PRO skarpetki ;)
@wiki
p.s.
środa, 4 września 2013
Do Rybnika pojechałem trzeci raz (poprzednio byłem w 2010 i 2011). Cel był jeden: wygrać kategorię M30. W latach poprzednich byłem dwukrotnie drugi, miało być zatem do trzech razy sztuka...
Trzy godziny snu (tak jakoś wyszło), pobudka o 3 nad ranem, w trasę ruszam po czwartej. Już gdy wstawałem z łóżka wiedziałem, że samopoczucie moje dalekie jest od ideału, więcej, było kiepskie.
Na miejscu jestem o 9.30. W biurze zawodów tłoku nie ma więc formalności poszły sprawnie. Zapisany na dwa wyścigi: masters (4 x 9 km) i elita open (6 x 9 km). Pada deszcz, chyba nawet leje...
Na 1,5 h do startu wsuwam "kolarskie" śniadanie. Trochę za późno ale sam jestem sobie winien, planowałem być w Rybnik znacznie wcześniej.
Nie pada już tak mocno, czas nagli, naszykowałem co trzeba (ciuchy, rower, przypinanie numerów). Kręcę się w okolicach kreski. Parę minut i jestem przemoczony. Nadal pada, do startu kilka minut, samopoczucie nadal fatalne.
Punkt dziesiąta ruszamy na trasę. Mastersi, trzy kategorie, wszyscy razem, całkiem fajny peleton.
Mokro ale dość ciepło. Dyspozycja ? Bez zmian. Zmieniam plany. Żadnych akcji, jechać bo jechać. Może uda się coś na kreskę...
Już na pierwszej rundzie wszystko się rwie i już nie jest tak "tłoczno". Co chwila jakieś skoki, jakieś ataki. Na rondach ślisko, o czym kilku przekonało się osobiście lądując na tyłkach na asfalcie. Jadę czasem z przodu, czasem gdzieś w środku...zależy jak się układa. Pod koniec drugiej rundy ktoś odjeżdża. Niby cały czas jest bezpieczny dystans ale gość się nie poddaje. Na trzeciej rundzie łapie mnie już konkretna bomba. Przestałem już nawet myśleć o końcówce...
Czwarta runda bez ikry. Z przodu odjazd solo...wcześniej już wiedziałem, że z mojej kategorii. Zwycięstwo pojechało, podium odjeżdżało powoli w "głowie". Na kilometr do mety jakimś cudem złapałem oddech. Jest szeroko (choć bardzo ślisko) i udaje mi się być z czuba.
Dwóch z M40 zaczęło finisz nieco wcześniej. Ja czekam do ostatniej chwili. Ostatnie 500 metrów i się zaczęło...
Twardo, mocno, szybko i niebezpiecznie. Z lewej Szaman z M40 prawie łeb w łeb, z prawej jeszcze ktoś. Setka do kreski. Uda puchną, głowa mówi: "nie poddawaj się". I tak też było. Z zaciśniętymi zębami wygrywam z grupy. Kilka metrów za linią mety poszedł haft...chyba z wysiłku...
Drugi w M30. Trzeci raz na Tour De Rybnik i trzeci raz drugi :)
W drugim wyścigu nie startuję. Musiałbym stanąć na starcie po zaledwie kilku minutach przerwy. Byłem przemoczony i potwornie zmęczony. Do tego strasznie bolały mnie uda...Postanowiłem nie ryzykować i bawić się resztę dnia w kibica.
Tour De Rybnik 2013 to już historia. Czy pojadę za rok ? Pewnie tak...
Tegoroczna odsłona jak zwykle perfekcyjnie zorganizowana. Wszystko na tip top. Nie było do czego się przyczepić i oby tak dalej Robert :)
wtorek, 20 sierpnia 2013
Lipiec, rok 2010. Zaczynam przygodę w Zakopanem. Tego samego miesiąca wsiadam na rower po 13 latach przerwy. Stalowy Peugeot na Shimano, z tyłu oponka, z przodu szytka. Rower ma swoje lata ale jeździ i to całkiem nieźle. Wsiadam na niego z łezką w oku bo to w końcu na nim ścigałem się trochę za młodego. Nic nie trzeba ustawiać, pozycja przez tyle lat była nieruszona...
Trochę kręcę z tatą po okolicznych górkach i pagórkach. Ciężko idzie, strasznie !!! Któregoś dnia jadę sam do Bukowiny Tatrzańskiej (od strony Białki). Podjazd od ronda do ronda (znany z tegorocznego i nie tylko TDP) ma 4 km. Część walę z buta i myślę sobie "co ja tutaj robię". Kilka dni później jadę drogą z centrum w stronę Kościeliska. Za Polaną Szymoszkową zaczyna się w górę. Po chwili wspinaczki znowu muszę zejść z roweru..."masakra, po co mi to było".
Takie były moje początki...
W sierpniu wystartowałem w TDP Amatorów. Wcześniej jeździłem (czy tam trenowałem) w miarę regularnie. Trzecie miejsce w kategorii, w open pierwsza trzydziestka. Tylko 20 km z hakiem ale wynik podniósł znacznie moje morale. Podjazd do Bukowiny, o którym wspominałem wcześniej podjechałem...nie zszedłem z roweru choćby na sekundę.
Ten wynik nie poszedł w świat (i nie miał iść) ale dodał mi wiary, wiary w to, że jak to się mawia "trening czyni mistrza" i że teraz będzie już tylko lepiej.
Trochę kręcę z tatą po okolicznych górkach i pagórkach. Ciężko idzie, strasznie !!! Któregoś dnia jadę sam do Bukowiny Tatrzańskiej (od strony Białki). Podjazd od ronda do ronda (znany z tegorocznego i nie tylko TDP) ma 4 km. Część walę z buta i myślę sobie "co ja tutaj robię". Kilka dni później jadę drogą z centrum w stronę Kościeliska. Za Polaną Szymoszkową zaczyna się w górę. Po chwili wspinaczki znowu muszę zejść z roweru..."masakra, po co mi to było".
Takie były moje początki...
W sierpniu wystartowałem w TDP Amatorów. Wcześniej jeździłem (czy tam trenowałem) w miarę regularnie. Trzecie miejsce w kategorii, w open pierwsza trzydziestka. Tylko 20 km z hakiem ale wynik podniósł znacznie moje morale. Podjazd do Bukowiny, o którym wspominałem wcześniej podjechałem...nie zszedłem z roweru choćby na sekundę.
Ten wynik nie poszedł w świat (i nie miał iść) ale dodał mi wiary, wiary w to, że jak to się mawia "trening czyni mistrza" i że teraz będzie już tylko lepiej.
...z tatą w dniu startu TDP Amatorów 2010
I teraz przechodzimy do sedna...
We wrześniu 2010 roku zaplanowałem kilka dni w rodzinnym Ozorkowie. Wcześniej dowiedziałem się o kryterium w Rybniku. Zapisałem się i pojechałem. Było mi prawie po drodze do żony i do syna :)
Ujeżdżałem w dalszym ciągu moją starą stalówkę i nie liczyłem na zbyt wiele. Chciałem się pościgać, nic więcej.
Było chłodno i pochmurno. Na miejscu poznałem Maćka z Drużyny Szpiku, której barwy reprezentowałem od niedawna. Dostałem od niego drużynowego T-shirta :)
Pamiętam jak byłem ubrany. Nowa koszulka z Allegro kupiona za bardzo dobre pieniążki, czarne spodenki 3/4 z Mike Sport, biały kask Lazer Blade (no to nie był byle jaki kask), okulary z czarnymi oprawkami (dzisiaj bym ich już nie założył raczej ale do teraz mam je w szufladzie), na butach neoprenowe, białe ochraniacze, które tez były jak nowe. Nie było aż tak zimno ale chciałem wyglądać Pro ;) Jednym słowem chciałem nadrobić wyglądem...niczym Pan Skarpeta :P
...na trasie Tour De Rybnik 2010
"Przedwojenny" rower nie stanowił dla mnie problemu mimo, że tego dnia naoglądałem się dość wielu solidnych karbonów. Wystartowałem bez kompleksów. Trochę się bałem o moją mizerną formę, moim celem było dojechanie w grupie.
Jechało mi się o dziwo bardzo fajnie. Czasami miałem łapać się za głowę, gdyż na liczniku nie schodziło poniżej 40 km/h., a ja mam się całkiem nieźle. Tak, śmiejcie się...to był dla mnie prawie kosmos.
Trzymałem się grupy. Mało tego, trzymałem się czuba bo postanowiłem...spróbować swoich sił na finiszu jak za dawnych, starych czasów. A co tam !!!
Idealnie ustawiony pędziłem na ostatnich metrach jak szalony...mega kraksa na ostatnim zakręcie...ostatnie metry nogi w kwadrat... Kilka chwil potem spiker wymienił moje nazwisko. Pokręciłem się w pobliżu linii mety i okazało się, że byłem 6-ty open i drugi w kategorii Masters 1 !!! Żebyście widzieli moją minę, jaki ja byłem szczęśliwy, że stanę na pudle :) Zadzwoniłem do żony i mówiłem jej o tym ze łzami w oczach...
...podium 2010:)
Tak było w roku 2010. Rok później także pojechałem do Rybnika. Tyle tylko, że od kilkunastu dni mieszkałem już w rodzinnym mieście. Moja przygoda z Zakopanem się skończyła, nie miałem jeszcze pracy, dzięki zaskurniakom udało się pojechać na Śląsk. Pojechaliśmy małą wycieczką: ja, teściu i kolega.
Dość regularne treningi i starty w wyścigach masters pozwalały mi myśleć o tym, aby powtórzyć wynik z ubiegłego roku. Tak, plan minimum był prosty: drugie miejsce w kategorii. Rower na karbonie, osprzęt Campy :) Ten sam kask, tylko nieco oklejony czerwonymi paskami, inne buty (tym razem nie było ochraniaczy), strój Drużyny Szpiku. Pogoda wspaniała, upalnie i słonecznie.
Tempo zawrotne. Ściganie już nieco inne (ale to w moim wykonaniu). Odważny i objeżdżony na tyle, aby próbować samemu coś tam odjechać. Kiedy już widziałem, że nic nie ugram na trasie to postanowiłem ugrać na finiszu. Z przodu dwójka śmiałków odjechała na parę sekund, nie wiedziałem o które miejsce walczę. Trzecie open było w zasięgu ręku, tylko tyle wiedziałem na bank.
Finisz był powtórką z roku ubiegłego. Bardzo dobrze ustawiony, kraksa na tym samym zakręcie...nie dałem nikomu szans :). Pierwszy z peletonu. Ostatecznie: trzeci w open i jak się później okazało drugi w kategorii Masters 1. Plan wykonany, jest pudło. Był lekki niedosyt ale i tak byłem niezmiernie happy.
...podium 2011 :)
Teraz mały "sorprajs", bo to nie był mój jedyny start na Tour De Rybnik 2011. Postanowiłem pójść na całość i skorzystać z możliwości ścigania się z polską elitą. Dla nich ten wyścig nie był punktowany, ja miałem licencję masters, w związku z tym, przepisy pozwalały na taki manewr.
"A może to będzie jedyna taka okazja ?", pomyślałem i wystartowałem. Po wyścigu masters miałem godzinę na odpoczynek. Na starcie była nawet chwila na rozmowę z kolegą ze Społem Łódź, ówczesnym zawodnikiem BGŻ Team, Jarkiem Rębiewskim.
...tuż przed startem elity
Przyszło mi jechać z Cyckami, całym BGŻ, BDC i innymi z krajowej czołówki. Tam to dopiero była jazda. Nie wychylałem nosa. To zdecydowanie nie był mój level !!! Mimo zawrotnego tempa i konkretnych zaciągów dzielnie trzymałem się peletonu. Z przodu rozgrywały się kolarskie szachy, co rusz jakaś ucieczka, ja robiłem swoje czyli po prostu jechałem :) Jakieś dwie rundy do końca zacząłem tracić kontakt z rzeczywistością ale dalej miałem ten sam cel: dojechać w grupie.
Na km do końca, kiedy ucieczka już pewnie dzieliła pomiędzy sobą łupy całego wyścigu, tempo było dość wolne. Cisza przed burzą czyli czary mary przed finiszem. Ja zobaczyłem luką i skoczyłem. "Raz się żyję". Na jakieś 300 metrów do mety nogi powiedziały dość !!! Minęło mnie kilkunastu (nie byłem zdziwiony)...walczyłem o 9 miejsce (8 pojechało w ucieczce), dojechałem gdzieś w połowie stawki...strasznie ujechany ale dojechałem. 78 km ze średnią ponad 44 km/h !!! To już było coś :)
A wygrał "ten" ze zdjęcia u góry...pojechał im solo na ostatniej rundzie...
Tego roku miałem okazję porozmawiać z Dyrektorem Sportowym wyścigu, Robertem i osobiście pogratulować mu wspaniałej imprezy kolarskiej :)
I to tyle wspomnień...
Za niespełna dwa tygodnie jadę znów do Rybnika. Rok temu się nie udało. To tutaj, u Roberta, stanąłem na podium pierwszy raz po 13 latach przerwy :) stąd mój ogromy sentyment do tego wyścigu i do tego miasta.
Inna runda (w centrum miasta) i pewnie też inne ściganie... Zobaczymy...
Plan ? Do trzech razy sztuka :) W końcu sezon jest więcej niż przyzwoity i nóżka podaje od kilku tygodni...
A na deser pojadę z elitą open (elita z lcencjami PZKol ma osobny wyścig)...a co tam...tak na dojechanie. Trzymajcie kciuki !!!
@wiki
Tag :
//
elita
,
Tag :
//
ja
,
Tag :
//
kolarstwo masters
,
Tag :
//
trochę o kolarstwie
,
Tag :
//
trochę o życiu
,
Tag :
//
wspomnienia
,
Tag :
//
wyścigi













