Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolarstwo masters. Pokaż wszystkie posty
sobota, 21 czerwca 2014
Od trzech sezonów maj to miesiąc najbogatszy w starty, przynajmniej u mnie. Głównie za sprawą Tour De Powiat czyli Maratonu Rowerowego po Ziemi Zgierskiej, w skład którego w tym roku weszło 5 wyścigów szosowych.
Ale od początku...
W weekend majowy dwa starty w Kole. Pierwszy to ITT. Mój debiut w czasówce jeżeli chodzi o mastersów. Dzięki uprzejmości Roberta (trener w KLTC Konin) mogłem pojechać na prawdziwej kozie, w prawdziwym kasku czasowym i w kombiaku.
Czasówka miała tylko 7,6 km (w regulaminie było 10 km) ale była dość wymagająca. Trasa w lesie, pofałdowana, do tego było bardzo zimno. Czas jaki wykręciłem to równe 12 minut co dało marną ;) średnią 38 z małym hakiem. Strata do zwycięzcy minuta i 18 sekund, miejsce siódme na dziewięciu startujących. Szału jak widać nie było, ale doświadczenie bezcenne...
Następnego dnia odbył się kolejny wyścig w Kole. Tym razem start wspólny na dystansie 70 km. Pogoda o niebo lepsza niż na czasówce, obsada dość silna.
Dość szybko po starcie ostrym zawiązała się akcja. Po szybkiej analizie kto jest w odjeździe stwierdziłem, że szanse mają duże. Przeskoczyłem i...pojechało. Z upływem kilometrów ekipa ciągle się kurczyła i ostatecznie zostało nas siedmiu. Na jakąś dyszkę do kreski Kamil z Żoliberów postanowił przeciągnąć nieco towarzystwo kilkoma konkretnymi skokami. W efekcie z przodu znalazło się trzech z Cyklosportu, potem my czyli trójka z M30, za nami Piotrek z Cyklo. Ten ostatni jechał z pierwszą trójką ale miał defekt. Na finiszu nie miałem najmniejszych szans na równorzędną walkę. Raz, że byłem mocno ujechany, dwa, że moimi towarzyszami byli nie byle jacy rywale: Baltazar z Żoliberów i Głowacki z Elbląga. Wpadło 3 miejsce, czyli pierwsze pudło w sezonie :)
Ale od początku...
W weekend majowy dwa starty w Kole. Pierwszy to ITT. Mój debiut w czasówce jeżeli chodzi o mastersów. Dzięki uprzejmości Roberta (trener w KLTC Konin) mogłem pojechać na prawdziwej kozie, w prawdziwym kasku czasowym i w kombiaku.
Czasówka miała tylko 7,6 km (w regulaminie było 10 km) ale była dość wymagająca. Trasa w lesie, pofałdowana, do tego było bardzo zimno. Czas jaki wykręciłem to równe 12 minut co dało marną ;) średnią 38 z małym hakiem. Strata do zwycięzcy minuta i 18 sekund, miejsce siódme na dziewięciu startujących. Szału jak widać nie było, ale doświadczenie bezcenne...
Następnego dnia odbył się kolejny wyścig w Kole. Tym razem start wspólny na dystansie 70 km. Pogoda o niebo lepsza niż na czasówce, obsada dość silna.
Dość szybko po starcie ostrym zawiązała się akcja. Po szybkiej analizie kto jest w odjeździe stwierdziłem, że szanse mają duże. Przeskoczyłem i...pojechało. Z upływem kilometrów ekipa ciągle się kurczyła i ostatecznie zostało nas siedmiu. Na jakąś dyszkę do kreski Kamil z Żoliberów postanowił przeciągnąć nieco towarzystwo kilkoma konkretnymi skokami. W efekcie z przodu znalazło się trzech z Cyklosportu, potem my czyli trójka z M30, za nami Piotrek z Cyklo. Ten ostatni jechał z pierwszą trójką ale miał defekt. Na finiszu nie miałem najmniejszych szans na równorzędną walkę. Raz, że byłem mocno ujechany, dwa, że moimi towarzyszami byli nie byle jacy rywale: Baltazar z Żoliberów i Głowacki z Elbląga. Wpadło 3 miejsce, czyli pierwsze pudło w sezonie :)
...podium w Kole
Kolejny weekend to pierwsze dwa etapy Tour De Powiat.
W sobotę w Głownie czekało nas szybkie i krótkie ściganie na rundach. Niestety krótko po starcie już wiedziałem, że nie ma szans na wynik. Sztyca od siodła wpadła dobre kilka cm w ramę. I ponieważ nadal wpadała to resztę dystansu przejechałem w pedałach. Na finiszu z grupy drugi, ostatecznie 4 miejsce w kategorii.
Niedziela, kolejne kryterium TDPowiat, tym razem w Zgierzu. W zeszłym roku szósty, dwa lata temu wygrana na solo...bardzo chciałem powtórzyć wynik sprzed dwóch lat, tym bardziej, że mocno kibicowała mi na trasie moja żonka :)
30 szybkich i krótkich rund, w sumie prawie 40 km, tyle było do pokonania. Nie padało ale mokro na całej trasie. Przejazd kolejowy, na którym pękła mi skorupa siodła rok temu zalany asfaltem.
Przebieg ? Na trzeciej rundzie skok lewą stroną. Po chwili na kole siedziała dwójka: Wola i Emil z Włókniarza (zwycięzca z Głowna). Współpraca układała się wzorowo i tak do mety. Na kresce pierwszy...szczęśliwy, żona jeszcze bardziej ;)
...w Zgierzu na rundzie
...w Zgierzu na rundzie
W następny weekend odwołany został trzeci etap Tour De Powiat w Parzęczewie. Prognozy pogody łaskawe na ten dzień nie były ale odwoływać imprezę z tego powodu ??? Pojechałem na Puchar Polski do poznańskich Smochowic. Kryterium, spora kasa do wygrania, co w mastersach jest rzadkością. Od rana nie padało...niestety tuz przed startem zaczęło....jak wyjeżdżałem do domu to padało nadal. Cała kryterka w zasadzie w ulewnym deszczu. Na starcie stałem na szarym końcu, a ponieważ szła od razu ostra rura to nie było jak się przecisnąć bliżej. Już na pierwszych rundach walczyłem z własnymi słabościami. W końcu nadszedł ten moment...strzał. Zrobiła się dziura, ktoś puścił koło...nawet nie podjąłem walki. Uformowała się grupka i tak do mety. Start kompletnie nieudany. Rąk nie załamywałem, przecież to nie ostatni raz...
Nazajutrz kolejny etap TDPowiat w Strykowie. Ściganie na 4 rundach, każda po 13 km. Aura tym razem dopisała. W połowie pierwszej rundy wspólnie z Wolą załapaliśmy się na koło trzech Cyklomaniaków z Łodzi. Mocna praca szybko dała efekty. Akcja udana, odjazd poszedł. Nasza przewaga rosła w bardzo szybkim tempie. Na kresce drugi, wygrał Wola. Z wyniku mega zadowolenie, tym bardziej, że noga tego dnia nie podawała...
...silny Ozorków przed startem w Strykowie ;)
...od lewej: Przemek (mój kuzyn), Szymek (mój chrześniak), ja i Wola
Kolejna sobota, ostatni etap Tour De Powiat w Aleksandrowie Łódzkim.
Zasmarkany ale jednak pojechałem. Wszystko po to aby tylko ukończyć i być branym pod uwagę w klasyfikacji generalnej cyklu. Na wyścigu byłem statystą. Żadnych skoków...nic. Jechałem aby jechać. Na finiszu dałem z siebie wszystko co mogłem i rzutem na taśmą zdobyłem punkcik, który dał mi wygraną w generalce. Dwa lata temu drugi, rok temu trzeci, w tym roku pierwszy :)
Cały cykl oceniam bardzo pozytywnie. Startowe 2 zł na wszystkie pięć wyścigów !!! Elektroniczny pomiar czasy, wyniki w sieci tego samego dnia wieczorem, prawie wzorowa organizacja, trofea, dyplomy, upominki...w przyszłym roku powinno się zmienić nazwę cyklu...na np. Wyścigi Szosowe o Puchar Starosty albo coś w tym rodzaju...impreza ma spore szanse przekształcić się z lokalnego, jak to nazywają "ogóra" w prawdziwe wyścigi szosowe, na które przyjedzie jeszcze więcej "wycinaków", których w naszym regionie i nie tylko nie brakuje.
Ostatnia sobota maja. Start w Mistrzostwach Polski Masters w jeździe indywidualnej na czas. Koza nadal była u mnie, kask także. Pojechałem sprawdzić własne możliwości i poznać swoje miejsce w szeregu ;)
W każdej kategorii wiekowej masa startujących. Przyjechałem nie mając celu czyli pełen spontan. Co ma być to będzie. Dopiero po rozgrzewce wiedziałem jaki wynik mnie zadowoli. W jej ramach przejechałem cała trasę. Co stwierdziłem ? Trasa wymagająca, góra dół, płaskiego tyle co kot napłakał. Typowe, interwałowe hopki. Średnia w granicach 40 km/h i zejście poniżej 30 minut...tak się rysował mój cel, który udało się zrealizować. Miejsce ? 21 na 30 startujących. Żaden wstyd...
Organizacyjnie niestety do kitu. Puszczanie co 30 sekund (wbrew przepisom), ponieważ było zbyt dużo startujących, zrobiło swoje. Sędziowie z Wielkopolski kolejny raz pokazali, że są najgorszymi w Polsce. Dali ciała na całej linii...dyskwalifikowali i jeszcze raz dyskwalifikowali...szkoda tylko, że nie tych co trzeba. Pewne sprawy udało się wyprostować na miejscu jednak spory niesmak pozostał....
...gdzieś na trasie ITT w Złotym Potoku
I tak oto wyglądał maj...
@wiki
Tag :
//
cyklomaniacy
,
Tag :
//
kolarstwo masters
,
Tag :
//
relacje
,
Tag :
//
shooty
,
Tag :
//
wyścigi
wtorek, 17 czerwca 2014
Zanim wezmę się za podsumowanie maja (startów było sporo) to może słów kilka o szosowych MP Masters w Krzywiniu, które odbyły się 15 czerwca w niedzielę. Te przeszły do historii bez...historii ;)
Tydzień treningowy przed wyglądał kiepsko. Walka z ramą, jakimiś dziwnymi trzaskami, czasu na dłuższe jazdy też brakowało. Dwa razy po godzinie w celu sprawdzenia pozycji itp...tylko tyle. Wiedziałem, że start będzie wyglądał tak: albo na świeżości albo na bombie. Bomby nie było ale świeżości też nie niestety.
Początek bardzo nerwowo. Kilku z nas (w tym ja) nie podpisało listy startowej na czas. Efekt ? Peleton pojechał a my składaliśmy swoje autografy pod namiotem. Gonitwa, jęzor do pasa, na szczęście w głównej grupie byliśmy po jakimś kilometrze. Początek wyjątkowo spokojnie. Pierwsza runda traktowana chyba jednakowo przez wszystkich, zapoznać się z trasą i takie tam. Na drugiej zaczęło się już to co powinno. Co chwila "coś". Próbowałem aktywnie (pierwsze 50%) ale noga nie ta zdecydowanie. Wszystkie decydujące akcje przepuściłem. Zwyczajnie brakowało mocy...nie wspominam już o tym, że drugie 50% jechałem za daleko i zbyt asekuracyjnie. Na siódmej rundzie (w sumie było ich osiem po 15 km) spory kryzys na hopce, przetrwałem tylko dlatego, że pamiętałem doskonale o dość długim i szybkim odcinku w dół. Ósme okrążenie to kurcze do samej kreski... Finisz ? Mocno schowany, gdzieś dorwałem lukę z lewej strony ale było zbyt nerwowo i zbyt blisko barierek by ryzykować zdrowiem i sprzętem. Ostatecznie 33 miejsce, startujących blisko setki.
Podium nie było zaskoczeniem. Górecki wygrał na solo i pokazał pozostałym swoje miejsce w szeregu ;). W głównej grupie razem ze mną przyjechało co najmniej kilku kandydatów do pudła co pokazuje, że MP jak co roku rządzą się zupełnie innymi prawami... Pogoda dopisała, było bardzo ciepło (chyba nawet troszkę za jak dla mnie) i dość wietrznie. Trasa ładna, z dwoma krótkimi, interwałowymi podjazdami na płytę. Organizacyjnie impreza bez zarzutu... W przyszłym roku rewanż :)
Poniżej trochę cyferek i kilka strzałów z trasy (fotki pochodzą z portalu Wrocławska Gazeta Kolarska)...
Dystans: 122,7 km
Czas: 3:01:08
Średnia prędkość: 40,7 km/h
Hr: 166/192
W pionie: 547 metrów
Średnia temp: 23,6
Garmin Connect
Wyniki wszystkich kategorii wiekowych
Tydzień treningowy przed wyglądał kiepsko. Walka z ramą, jakimiś dziwnymi trzaskami, czasu na dłuższe jazdy też brakowało. Dwa razy po godzinie w celu sprawdzenia pozycji itp...tylko tyle. Wiedziałem, że start będzie wyglądał tak: albo na świeżości albo na bombie. Bomby nie było ale świeżości też nie niestety.
Początek bardzo nerwowo. Kilku z nas (w tym ja) nie podpisało listy startowej na czas. Efekt ? Peleton pojechał a my składaliśmy swoje autografy pod namiotem. Gonitwa, jęzor do pasa, na szczęście w głównej grupie byliśmy po jakimś kilometrze. Początek wyjątkowo spokojnie. Pierwsza runda traktowana chyba jednakowo przez wszystkich, zapoznać się z trasą i takie tam. Na drugiej zaczęło się już to co powinno. Co chwila "coś". Próbowałem aktywnie (pierwsze 50%) ale noga nie ta zdecydowanie. Wszystkie decydujące akcje przepuściłem. Zwyczajnie brakowało mocy...nie wspominam już o tym, że drugie 50% jechałem za daleko i zbyt asekuracyjnie. Na siódmej rundzie (w sumie było ich osiem po 15 km) spory kryzys na hopce, przetrwałem tylko dlatego, że pamiętałem doskonale o dość długim i szybkim odcinku w dół. Ósme okrążenie to kurcze do samej kreski... Finisz ? Mocno schowany, gdzieś dorwałem lukę z lewej strony ale było zbyt nerwowo i zbyt blisko barierek by ryzykować zdrowiem i sprzętem. Ostatecznie 33 miejsce, startujących blisko setki.
Podium nie było zaskoczeniem. Górecki wygrał na solo i pokazał pozostałym swoje miejsce w szeregu ;). W głównej grupie razem ze mną przyjechało co najmniej kilku kandydatów do pudła co pokazuje, że MP jak co roku rządzą się zupełnie innymi prawami... Pogoda dopisała, było bardzo ciepło (chyba nawet troszkę za jak dla mnie) i dość wietrznie. Trasa ładna, z dwoma krótkimi, interwałowymi podjazdami na płytę. Organizacyjnie impreza bez zarzutu... W przyszłym roku rewanż :)
Poniżej trochę cyferek i kilka strzałów z trasy (fotki pochodzą z portalu Wrocławska Gazeta Kolarska)...
Dystans: 122,7 km
Czas: 3:01:08
Średnia prędkość: 40,7 km/h
Hr: 166/192
W pionie: 547 metrów
Średnia temp: 23,6
Garmin Connect
Wyniki wszystkich kategorii wiekowych
piątek, 30 maja 2014
Bomba według Szymonbike'a...
Ja od niego dostałem bana, mimo to czasami zaglądam, czasami nawet czytam, czasami nawet coś obejrzę. I obejrzałem Roadtripping Calpe na Vimeo. I tak oto według Szymona wygląda bomba:
"Bomba ? To jest fachowe określenie wśród kolarzy określające stan fizjologiczny..."
Nic nowego w sumie...ale mnie bardziej ruszyło to co było dalej:
"...ale do tego dochodzą jeszcze parametry mentalne...tak bym powiedział...obniżone morale...wprost proporcjonalne do obniżonego poziomu cukru...tak chyba bym to ujął..."
No właśnie...morale. I tutaj dochodzimy do sedna...
Chłopaki płaczą...
...bo takie mamy czasy i nie ma czego się wstydzić. Mnie dzisiaj dopadła taka bomba, człowiek czasami jest bezradny...bezsilny...nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni...i to chyba tyle...tak po prostu...dopadło i już...Jest na to jakiś sposób ? Jest...
Rower...
Jutro jadę na MP mastersów w ITT. A co...pożyczony rower, pożyczony kask, kombinezon się trafił psim swędem...doświadczenia zero....formy nie ma (od 14 dni biorę jakieś gówna a katar nadal męczy)...
Jedno jest pewne...
Zostawię serce i płuca na trasie, nie będę wstydził się średniej, nie będę wnikał na czas...i być może nawet będzie ostatnie miejsce...kto wie...najważniejsze będzie to, że zrobiłem wszystko co mogłem tego dnia...pojechałem w trupa, porzygałem się na kresce...i wrócę do domu bez medalu, bez koszulki...ale bomby już nie będzie....wrócę szczęśliwy...prawie...
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Są święta. Pewnie nie ja jeden skosztowałem wczoraj trochę %%%. W lany poniedziałek postanowiłem wypocić wszystko i pojechałem pod Aptekę.
Start, Giewont, w lewo na Dobrą....i tak lecieliśmy, lecieliśmy i do mety zrobiła się jakaś dyszka. Dużo nas nie zostało, przyzwoite tempo i upierdliwy wiatr zrobił swoje. Odjechała dwójka. Dałem zmianę, dość mocną, hehe no przyznam, że było z wiatrem. Doszliśmy śmiałków. Tempa nie zwalniałem. Wręcz przeciwnie, pocisnąłem jeszcze mocniej lewą stroną i odjechałem na jakieś sto metrów może. I to nawet nie był żaden skok...pojechałem i tyle. Za jakiś km, może ciut więcej, zostałem łyknięty, a jęzor mi zwisał do pasa.
Jakiś koleś rzekł do mnie bardzo poważnym głosem: "jak nie będziesz wychodził na zmiany tylko tak sobie skakał to sobie tutaj nie pojeździsz". Zamurowało mnie z deczka. Zmiany dawałem. No może mniej niż inni ale czy ktoś to kuźwa liczy czy jak ? Może gość miał taką fazę przez cały trening, że nie widział kto kiedy jest na czubie ? I te skoki...jakie skoki ? To był jedyny moment kiedy wyrwałem się jak idiota do przodu. No i zostałem skarcony jak młody. Nie miałem siły na dyskusję. Coś tam wydukałem grzecznie pod nosem. Miałem jeszcze ochotę powiedzieć: "łap oddech bo kreska się zbliża i może zaraz Ci braknie...".
Im bliżej "mety" tym zapiek większy. Mojego nowego kumpla już z nami nie ma. A ja na kreskę wleciałem dziś trzeci....taka sytuacja ;)
Start, Giewont, w lewo na Dobrą....i tak lecieliśmy, lecieliśmy i do mety zrobiła się jakaś dyszka. Dużo nas nie zostało, przyzwoite tempo i upierdliwy wiatr zrobił swoje. Odjechała dwójka. Dałem zmianę, dość mocną, hehe no przyznam, że było z wiatrem. Doszliśmy śmiałków. Tempa nie zwalniałem. Wręcz przeciwnie, pocisnąłem jeszcze mocniej lewą stroną i odjechałem na jakieś sto metrów może. I to nawet nie był żaden skok...pojechałem i tyle. Za jakiś km, może ciut więcej, zostałem łyknięty, a jęzor mi zwisał do pasa.
Jakiś koleś rzekł do mnie bardzo poważnym głosem: "jak nie będziesz wychodził na zmiany tylko tak sobie skakał to sobie tutaj nie pojeździsz". Zamurowało mnie z deczka. Zmiany dawałem. No może mniej niż inni ale czy ktoś to kuźwa liczy czy jak ? Może gość miał taką fazę przez cały trening, że nie widział kto kiedy jest na czubie ? I te skoki...jakie skoki ? To był jedyny moment kiedy wyrwałem się jak idiota do przodu. No i zostałem skarcony jak młody. Nie miałem siły na dyskusję. Coś tam wydukałem grzecznie pod nosem. Miałem jeszcze ochotę powiedzieć: "łap oddech bo kreska się zbliża i może zaraz Ci braknie...".
Im bliżej "mety" tym zapiek większy. Mojego nowego kumpla już z nami nie ma. A ja na kreskę wleciałem dziś trzeci....taka sytuacja ;)
niedziela, 13 kwietnia 2014
Hiszpania nadal czeka na podsumowanie, trzeba przebrać zdjęcia, podliczyć kilometry... A tymczasem jeżdżę. Pokuszę się nawet napisać, że trenuję ;)
W tym sezonie, po słabo przepracowanej zimie, postanowiłem wpisać w swój kalendarz jak najwięcej łódzkich ustawek. Kolarska karuzela ruszyła na dobre z początkiem kwietnia, a ja mam już zaliczone trzy treningi w zacnym towarzystwie cyklomaniaków.
Wszystko zaczęło się w ostatni weekend marca. Na pierwszy ogień sobotnie Kasztany. Na zbiórce tłoczno, ładna pogoda, jest kilka znajomych twarzy. Rozmawiam z Andrzejem, z którym mam zamiar jechać na otwarcie sezonu w Sobótce. Krótko po starcie kilka słów z "młodym" Leduchem.
Niektórych rowery zapierają dech w piersiach, ale i nie brakuje wśród nas zimówek.
Zjeżdżamy przed Giewontem ze Strykowskiej i zaczyna się trening. Skoki, zaciągi...czyli wszystko to, co na ustawkach jest na porządku dziennym. Noga swędzi (choć wiem, że może mnie to sporo kosztować) i próbuję swoich sił doskakując do małego odjazdu. "Co ma być to będzie". Moja przygoda trwała krótko. Odcięło mnie bardzo szybko...
...i nim się zorientowałem to jechałem już z drugą dywizją. Całe szczęście, że uodporniłem się na tyle, że nie robiłem z tego jakiejś afery. Uświadomiłem sobie jak cienki jestem i ile pracy jeszcze przede mną...
Mimo sobotniej porażki postanowiłem pojechać w niedzielę pod Aptekę. Ta sama ekipa co dzień wcześniej plus Lisek, nowicjusz jeżeli chodzi o tego typu "imprezy". Wszystko było fajnie, pięknie...gdyby nie jakaś pieprzona dziura na trasie. Dziura jak dziura ale jak w pewnym momencie tylne koło jest w górze, a człowiek jedzie w samym środku sporej grupy to przestaje to być zabawne. Nie wiem jak ale zdołałem uniknąć dzwona. Niestety w momencie kiedy tylne koło powiedziało "welcome back" czyli znowu toczyło się po asfalcie, straciłem podsiodłową. Zatrzymałem się i było już po treningu...
Po dwóch tygodniach mogłem pozwolić sobie tylko na niedzielną Aptekę. Dzień przed moimi urodzinami pomyślałem sobie, że fajnie by było sprawić sobie jakiś mały prezent w postaci dobrej jazdy. Dość upierdliwy wiatr sprawił, że dość szybko stawka pękła na pół. Zostałem w czubie (nie cudem) i jechałem co swoje. Mniej więcej na dyszkę do kreski odjechało trzech, potem kolejnych trzech. Skoczyłem i doskoczyłem. Pokazałem sobie, że można. Kawałek dalej dojechało do nas dwóch...Przewaga nie była zbyt mała ale przez chwilę wydawało się, że nas łykną bo im bliżej mety tym więcej "czary mary". Zakręt w lewo, zmarszczka, przejazd. Marek pojechał, ja za nim. Odjeżdżamy we dwóch. Znów pokazałem sobie, że można...
Daję zmiany choć czuję, że pali się już rezerwa... Strzelam Markowi z koła. Nogi powiedziały dosyć. W zasięgu wzroku długa prosta....chyba widzę kreskę. Marek już dość daleko z przodu, ja złapałem oddech i postanowiłem nie dać się dogonić małej grupce z tyłu. Udało się...drugi na mecie. Usmarkany ale drugi...na ustawce ale drugi... Miał być prezent i był prezent...
Fuks ? Chyba nie. To raczej zaczyna wyglądać tak jak powinno. Teraz tylko jeden kierunek. Forma. Może już w czerwcu na MP...a jeżeli nie to później. Nie ważne...
@wiki
Tag :
//
apteka
,
Tag :
//
cyklomaniacy
,
Tag :
//
ja
,
Tag :
//
kolarstwo masters
,
Tag :
//
relacje
,
Tag :
//
treningi
środa, 4 września 2013
Do Rybnika pojechałem trzeci raz (poprzednio byłem w 2010 i 2011). Cel był jeden: wygrać kategorię M30. W latach poprzednich byłem dwukrotnie drugi, miało być zatem do trzech razy sztuka...
Trzy godziny snu (tak jakoś wyszło), pobudka o 3 nad ranem, w trasę ruszam po czwartej. Już gdy wstawałem z łóżka wiedziałem, że samopoczucie moje dalekie jest od ideału, więcej, było kiepskie.
Na miejscu jestem o 9.30. W biurze zawodów tłoku nie ma więc formalności poszły sprawnie. Zapisany na dwa wyścigi: masters (4 x 9 km) i elita open (6 x 9 km). Pada deszcz, chyba nawet leje...
Na 1,5 h do startu wsuwam "kolarskie" śniadanie. Trochę za późno ale sam jestem sobie winien, planowałem być w Rybnik znacznie wcześniej.
Nie pada już tak mocno, czas nagli, naszykowałem co trzeba (ciuchy, rower, przypinanie numerów). Kręcę się w okolicach kreski. Parę minut i jestem przemoczony. Nadal pada, do startu kilka minut, samopoczucie nadal fatalne.
Punkt dziesiąta ruszamy na trasę. Mastersi, trzy kategorie, wszyscy razem, całkiem fajny peleton.
Mokro ale dość ciepło. Dyspozycja ? Bez zmian. Zmieniam plany. Żadnych akcji, jechać bo jechać. Może uda się coś na kreskę...
Już na pierwszej rundzie wszystko się rwie i już nie jest tak "tłoczno". Co chwila jakieś skoki, jakieś ataki. Na rondach ślisko, o czym kilku przekonało się osobiście lądując na tyłkach na asfalcie. Jadę czasem z przodu, czasem gdzieś w środku...zależy jak się układa. Pod koniec drugiej rundy ktoś odjeżdża. Niby cały czas jest bezpieczny dystans ale gość się nie poddaje. Na trzeciej rundzie łapie mnie już konkretna bomba. Przestałem już nawet myśleć o końcówce...
Czwarta runda bez ikry. Z przodu odjazd solo...wcześniej już wiedziałem, że z mojej kategorii. Zwycięstwo pojechało, podium odjeżdżało powoli w "głowie". Na kilometr do mety jakimś cudem złapałem oddech. Jest szeroko (choć bardzo ślisko) i udaje mi się być z czuba.
Dwóch z M40 zaczęło finisz nieco wcześniej. Ja czekam do ostatniej chwili. Ostatnie 500 metrów i się zaczęło...
Twardo, mocno, szybko i niebezpiecznie. Z lewej Szaman z M40 prawie łeb w łeb, z prawej jeszcze ktoś. Setka do kreski. Uda puchną, głowa mówi: "nie poddawaj się". I tak też było. Z zaciśniętymi zębami wygrywam z grupy. Kilka metrów za linią mety poszedł haft...chyba z wysiłku...
Drugi w M30. Trzeci raz na Tour De Rybnik i trzeci raz drugi :)
W drugim wyścigu nie startuję. Musiałbym stanąć na starcie po zaledwie kilku minutach przerwy. Byłem przemoczony i potwornie zmęczony. Do tego strasznie bolały mnie uda...Postanowiłem nie ryzykować i bawić się resztę dnia w kibica.
Tour De Rybnik 2013 to już historia. Czy pojadę za rok ? Pewnie tak...
Tegoroczna odsłona jak zwykle perfekcyjnie zorganizowana. Wszystko na tip top. Nie było do czego się przyczepić i oby tak dalej Robert :)
wtorek, 20 sierpnia 2013
Lipiec, rok 2010. Zaczynam przygodę w Zakopanem. Tego samego miesiąca wsiadam na rower po 13 latach przerwy. Stalowy Peugeot na Shimano, z tyłu oponka, z przodu szytka. Rower ma swoje lata ale jeździ i to całkiem nieźle. Wsiadam na niego z łezką w oku bo to w końcu na nim ścigałem się trochę za młodego. Nic nie trzeba ustawiać, pozycja przez tyle lat była nieruszona...
Trochę kręcę z tatą po okolicznych górkach i pagórkach. Ciężko idzie, strasznie !!! Któregoś dnia jadę sam do Bukowiny Tatrzańskiej (od strony Białki). Podjazd od ronda do ronda (znany z tegorocznego i nie tylko TDP) ma 4 km. Część walę z buta i myślę sobie "co ja tutaj robię". Kilka dni później jadę drogą z centrum w stronę Kościeliska. Za Polaną Szymoszkową zaczyna się w górę. Po chwili wspinaczki znowu muszę zejść z roweru..."masakra, po co mi to było".
Takie były moje początki...
W sierpniu wystartowałem w TDP Amatorów. Wcześniej jeździłem (czy tam trenowałem) w miarę regularnie. Trzecie miejsce w kategorii, w open pierwsza trzydziestka. Tylko 20 km z hakiem ale wynik podniósł znacznie moje morale. Podjazd do Bukowiny, o którym wspominałem wcześniej podjechałem...nie zszedłem z roweru choćby na sekundę.
Ten wynik nie poszedł w świat (i nie miał iść) ale dodał mi wiary, wiary w to, że jak to się mawia "trening czyni mistrza" i że teraz będzie już tylko lepiej.
Trochę kręcę z tatą po okolicznych górkach i pagórkach. Ciężko idzie, strasznie !!! Któregoś dnia jadę sam do Bukowiny Tatrzańskiej (od strony Białki). Podjazd od ronda do ronda (znany z tegorocznego i nie tylko TDP) ma 4 km. Część walę z buta i myślę sobie "co ja tutaj robię". Kilka dni później jadę drogą z centrum w stronę Kościeliska. Za Polaną Szymoszkową zaczyna się w górę. Po chwili wspinaczki znowu muszę zejść z roweru..."masakra, po co mi to było".
Takie były moje początki...
W sierpniu wystartowałem w TDP Amatorów. Wcześniej jeździłem (czy tam trenowałem) w miarę regularnie. Trzecie miejsce w kategorii, w open pierwsza trzydziestka. Tylko 20 km z hakiem ale wynik podniósł znacznie moje morale. Podjazd do Bukowiny, o którym wspominałem wcześniej podjechałem...nie zszedłem z roweru choćby na sekundę.
Ten wynik nie poszedł w świat (i nie miał iść) ale dodał mi wiary, wiary w to, że jak to się mawia "trening czyni mistrza" i że teraz będzie już tylko lepiej.
...z tatą w dniu startu TDP Amatorów 2010
I teraz przechodzimy do sedna...
We wrześniu 2010 roku zaplanowałem kilka dni w rodzinnym Ozorkowie. Wcześniej dowiedziałem się o kryterium w Rybniku. Zapisałem się i pojechałem. Było mi prawie po drodze do żony i do syna :)
Ujeżdżałem w dalszym ciągu moją starą stalówkę i nie liczyłem na zbyt wiele. Chciałem się pościgać, nic więcej.
Było chłodno i pochmurno. Na miejscu poznałem Maćka z Drużyny Szpiku, której barwy reprezentowałem od niedawna. Dostałem od niego drużynowego T-shirta :)
Pamiętam jak byłem ubrany. Nowa koszulka z Allegro kupiona za bardzo dobre pieniążki, czarne spodenki 3/4 z Mike Sport, biały kask Lazer Blade (no to nie był byle jaki kask), okulary z czarnymi oprawkami (dzisiaj bym ich już nie założył raczej ale do teraz mam je w szufladzie), na butach neoprenowe, białe ochraniacze, które tez były jak nowe. Nie było aż tak zimno ale chciałem wyglądać Pro ;) Jednym słowem chciałem nadrobić wyglądem...niczym Pan Skarpeta :P
...na trasie Tour De Rybnik 2010
"Przedwojenny" rower nie stanowił dla mnie problemu mimo, że tego dnia naoglądałem się dość wielu solidnych karbonów. Wystartowałem bez kompleksów. Trochę się bałem o moją mizerną formę, moim celem było dojechanie w grupie.
Jechało mi się o dziwo bardzo fajnie. Czasami miałem łapać się za głowę, gdyż na liczniku nie schodziło poniżej 40 km/h., a ja mam się całkiem nieźle. Tak, śmiejcie się...to był dla mnie prawie kosmos.
Trzymałem się grupy. Mało tego, trzymałem się czuba bo postanowiłem...spróbować swoich sił na finiszu jak za dawnych, starych czasów. A co tam !!!
Idealnie ustawiony pędziłem na ostatnich metrach jak szalony...mega kraksa na ostatnim zakręcie...ostatnie metry nogi w kwadrat... Kilka chwil potem spiker wymienił moje nazwisko. Pokręciłem się w pobliżu linii mety i okazało się, że byłem 6-ty open i drugi w kategorii Masters 1 !!! Żebyście widzieli moją minę, jaki ja byłem szczęśliwy, że stanę na pudle :) Zadzwoniłem do żony i mówiłem jej o tym ze łzami w oczach...
...podium 2010:)
Tak było w roku 2010. Rok później także pojechałem do Rybnika. Tyle tylko, że od kilkunastu dni mieszkałem już w rodzinnym mieście. Moja przygoda z Zakopanem się skończyła, nie miałem jeszcze pracy, dzięki zaskurniakom udało się pojechać na Śląsk. Pojechaliśmy małą wycieczką: ja, teściu i kolega.
Dość regularne treningi i starty w wyścigach masters pozwalały mi myśleć o tym, aby powtórzyć wynik z ubiegłego roku. Tak, plan minimum był prosty: drugie miejsce w kategorii. Rower na karbonie, osprzęt Campy :) Ten sam kask, tylko nieco oklejony czerwonymi paskami, inne buty (tym razem nie było ochraniaczy), strój Drużyny Szpiku. Pogoda wspaniała, upalnie i słonecznie.
Tempo zawrotne. Ściganie już nieco inne (ale to w moim wykonaniu). Odważny i objeżdżony na tyle, aby próbować samemu coś tam odjechać. Kiedy już widziałem, że nic nie ugram na trasie to postanowiłem ugrać na finiszu. Z przodu dwójka śmiałków odjechała na parę sekund, nie wiedziałem o które miejsce walczę. Trzecie open było w zasięgu ręku, tylko tyle wiedziałem na bank.
Finisz był powtórką z roku ubiegłego. Bardzo dobrze ustawiony, kraksa na tym samym zakręcie...nie dałem nikomu szans :). Pierwszy z peletonu. Ostatecznie: trzeci w open i jak się później okazało drugi w kategorii Masters 1. Plan wykonany, jest pudło. Był lekki niedosyt ale i tak byłem niezmiernie happy.
...podium 2011 :)
Teraz mały "sorprajs", bo to nie był mój jedyny start na Tour De Rybnik 2011. Postanowiłem pójść na całość i skorzystać z możliwości ścigania się z polską elitą. Dla nich ten wyścig nie był punktowany, ja miałem licencję masters, w związku z tym, przepisy pozwalały na taki manewr.
"A może to będzie jedyna taka okazja ?", pomyślałem i wystartowałem. Po wyścigu masters miałem godzinę na odpoczynek. Na starcie była nawet chwila na rozmowę z kolegą ze Społem Łódź, ówczesnym zawodnikiem BGŻ Team, Jarkiem Rębiewskim.
...tuż przed startem elity
Przyszło mi jechać z Cyckami, całym BGŻ, BDC i innymi z krajowej czołówki. Tam to dopiero była jazda. Nie wychylałem nosa. To zdecydowanie nie był mój level !!! Mimo zawrotnego tempa i konkretnych zaciągów dzielnie trzymałem się peletonu. Z przodu rozgrywały się kolarskie szachy, co rusz jakaś ucieczka, ja robiłem swoje czyli po prostu jechałem :) Jakieś dwie rundy do końca zacząłem tracić kontakt z rzeczywistością ale dalej miałem ten sam cel: dojechać w grupie.
Na km do końca, kiedy ucieczka już pewnie dzieliła pomiędzy sobą łupy całego wyścigu, tempo było dość wolne. Cisza przed burzą czyli czary mary przed finiszem. Ja zobaczyłem luką i skoczyłem. "Raz się żyję". Na jakieś 300 metrów do mety nogi powiedziały dość !!! Minęło mnie kilkunastu (nie byłem zdziwiony)...walczyłem o 9 miejsce (8 pojechało w ucieczce), dojechałem gdzieś w połowie stawki...strasznie ujechany ale dojechałem. 78 km ze średnią ponad 44 km/h !!! To już było coś :)
A wygrał "ten" ze zdjęcia u góry...pojechał im solo na ostatniej rundzie...
Tego roku miałem okazję porozmawiać z Dyrektorem Sportowym wyścigu, Robertem i osobiście pogratulować mu wspaniałej imprezy kolarskiej :)
I to tyle wspomnień...
Za niespełna dwa tygodnie jadę znów do Rybnika. Rok temu się nie udało. To tutaj, u Roberta, stanąłem na podium pierwszy raz po 13 latach przerwy :) stąd mój ogromy sentyment do tego wyścigu i do tego miasta.
Inna runda (w centrum miasta) i pewnie też inne ściganie... Zobaczymy...
Plan ? Do trzech razy sztuka :) W końcu sezon jest więcej niż przyzwoity i nóżka podaje od kilku tygodni...
A na deser pojadę z elitą open (elita z lcencjami PZKol ma osobny wyścig)...a co tam...tak na dojechanie. Trzymajcie kciuki !!!
@wiki
Tag :
//
elita
,
Tag :
//
ja
,
Tag :
//
kolarstwo masters
,
Tag :
//
trochę o kolarstwie
,
Tag :
//
trochę o życiu
,
Tag :
//
wspomnienia
,
Tag :
//
wyścigi
środa, 10 lipca 2013
Mowa o ostatnim weekendzie...
Krótka wymiana SMS-ów:
Mateusz: ścigamy się gdzieś w ten weekend ?
Ja: nie mam kasy, nie mam auta, w sobotę pracuję, poza tym...chyba nic nie ma...
(oczywiście co weekend coś jest ale w tym przypadku wszędzie było stanowczo za daleko)
Ja: jest kryterium w Kole w niedzielę
Mateusz: przyjadę po Ciebie i jedziemy
Później już tylko dogranie szczegółów i pojechaliśmy...
Na miejscu problemy ze zgłoszeniem Mateusza. Okazało się, że nie chcą go puścić z nami. On jest cyklosport jeszcze... Na szczęście udaje nam się nakłonić sędziego, tłumacząc, że to nie MŚ itd, itp...
Ja zapominam licencji, tutaj obyło się bez problemów (o dziwo).
Start niestety dopiero około czternastej więc 4 godziny czekania. Trudno. Z tym się liczyliśmy. Ale mieliśmy także nadzieję, że wszystko odbędzie się nieco szybciej (org zapowiedział mi, że jest taka opcja, podczas rozmowy telefonicznej dwa dni wcześniej).
Nic z tego. Czekamy. Małe szoping w Biedronce. Spacery tu i tam...aby tylko czas szybciej zleciał. Parę nowych znajomości, rozmowy o wszystkim (w tym o kolarstwie rzecz jasna)...
Niestety nie widać nowych rywali. Jakby tego było mało okazuje się, że dystans skrócili o połowę (z 20 rund po 1800 metrów do dziesięciu), dlatego też z coraz to większą obawą zaczynamy myśleć o tym wyścigu "ogór" (nie lubię tego słowa).
Pojawiają się (dzięki Ci Panie) Żolibery, Fizjotech (Sylwek) i Roger z Grodziska. Szanse na podium :) zmalały ale za to na dobre ściganie są dużo większe.
Start z lekką obsuwą (20 minut) ale jedziemy. Sporo nas ale to z racji tego, że puścili wszystkie kategorie razem. Tempo od pierwszego zakrętu mocne. Na drugiej rundzie zaczęły się prawdziwe harce. Po kilku atakach zawiązuje się czołówka: ja, Sylwek, Żolibery i Roger. Przez chwilę pomyślałem, że tak już będzie do kreski... Plan Żoliberów był jednak inny. Poprawili raz, drugi, potem trzeci i pojechali we trzech zostawiając w tyle lekko utytłanych: mnie i Sylwka. We dwóch kręcimy po zmianach po dziewiątej rundy. Na jej koniec złapała nas grupa na czele z miejscowym Adamem. Na kreskę 1 pkt (wcześniej zdobył go Sylwek) i ostatecznie 5-te miejsce.
Szkoda, że tak krótko... Paru chłopa więcej, "normalny" dystans i częste finisze o punkty, a byłoby zacne kryterium.... A tak był "ogórek". I żeby było wszystko jasne: chodzi tylko o dystans :)
@wiki
środa, 26 czerwca 2013
...czyli krótki tutorial jak wydać 240 zł aby przejechać 16 km na rowerze :)
W sumie to banalnie proste...
1. Robisz zakupy: żele, banany, batony, woda, makaron itd...circa 70 zł
2. Pakujesz się, rower, ciuchy itd...
3. Tankujesz furę..circa 140 zł
4. Jedziesz na wyścig...
5. Opłacasz startowe...30 zł
6. Ruszasz na start...
7. Na 16-tym kilometrze zrywasz łańcuch
8. Jest po zawodach :(
Wydane 240 zł. Autem zrobione 340 km. Rowerem raptem 16...
Koszty łatwo policzyć (patrz tytuł)...
Zapomniałbym, w domu zakup spinki za 16 zł...
Wszystko fajnie, pięknie ale to były MP. I tutaj nie chodzi o to, że były szanse na medal czy nie. Każdy kto przyjeżdża, chciałby wypaść jak najlepiej...
Mimo, że tuz po starcie poszedł odjazd z medalistami...gdzieś tam...tliła się nadzieja na miejsce w dyszce...
Po niespełna godzinie zadzwoniłem do żony i rozkleiłem się na kilka chwil jak dziecko...ale to chyba ludzkie...było mi najzwyczajniej w świecie przykro...
Tak naprawdę zanim zdążyłem ocenić swoje szanse było już po zawodach.
Wcześniej wrzuciłem shoota na fejsa...posypały się smsy...i nie wiedziałem co odpisywać...
Z licznika:
16.9km / 0h28 / 35.6 avg ...
Została pamiątka:
@wiki
wtorek, 28 maja 2013
Uwaga !!!
Poniższy post jest totalnie nie w moim stylu za co z góry wszystkich przepraszam :) Jeżeli jednak znajdzie się ktoś, kto uważa, że w takim właśnie powinienem pisać kolejne to śmiało proszę umieścić stosowne info w komentarzach, tutaj bądź na fejsie.
Zacznę, brzydko mówiąc, od dupy strony czyli od...
Ta wybuchła dzisiaj u mnie w domu. Bomba mała, huk wielki i to tyle. Pisać o prywatnych sprawach w takim miejscu nie wypada więc na tym koniec. Dodam tylko, że dzięki niej (tej bombie) zacząłem szukać pomysłu jakby tutaj poprawić sobie humor...i wpadłem na to, że opiszę jak podczas ostatniego weekendu wybuchały bomby nr 1 i 2 :)
W zeszły wtorek coś zaczęło drapać po gardle. Przyplątała się infekcja....
Jak głupi zacząłem biegać po Ozorkowskich aptekach w celu kupienia złotego środka na bycie zdrowym. Dodam, że szukałem czegoś, co sprawi, że będę zdrów jak ryba w jeden dzień. Nie ważne, że był to pierwszy dzień choroby. Już przed wejściem do apteki gotów byłem uwierzyć we wszystko co mi powie szanowna pani aptekarka, np.: "bierz Pan, jutro wstaniesz Pan jak nowo-narodzony, a wszystko to za jedyne 250 zł z vatem".
Wydałem mniej (sporo mniej) ale z infekcją męczyłem się do piątku.
A wszystko to aby czasami przerwa w treningach nie była zbyt długa. Mało tego !!! Ubzdurałem sobie, że pojadę na ŻTC do Rawy w sobotę, będę w optymalnej formie, a w niedzielę w Łodzi udowodnię wszystkim , że mój sukces z dnia poprzedniego nie był dziełem przypadku :) (śmiech)
No to zaczynamy...
No to jestem już w tej Rawie. Cały czas wmawiam sobie, że jestem zdrowy (tak się czułem w piątek wieczorem) chociaż wiem, że tak wcale nie jest.
Na pierwszej rundzie było OK (do przejechania siedem po 13,5 km). Jadę czujnie, nie wychylam się mając na uwadze marną rozgrzewkę. Początek drugiej. W nogach czuć, że dzieje się coś niedobrego. Będzie bomba...będzie huk...będą mnie zbierać z trasy...a jutro w Łodzi to będę musiał udowadniać tylko tyle, że jestem cienki jak guma w majtach, co pewnie okaże się nie takie trudne (mam na myśli to moje udowadnianie).
Ale gdzie tam !!! Przez kolejne pięć okrążeń bawiłem się w sapera czyli robiłem wszystko aby tą bombę znaleźć i tym samym sprawić aby nie wybuchła. Gdybym ja to jednak robił z głową... Tymczasem ja faktycznie jej szukałem, ale kiedy znalazłem to zamiast rozbroić to ją zdetonowałem :) Efekt: dwa strzały, dwa razy pogoń, na finiszu jęzor do pasa, a do samochodu wpełzłem niczym paralityk...
Wieczorem w domu, kiedy sprawdzałem wyniki, okazało się, że mnie w nich nie ma. To pewnie za karę :) Swoją drogą, jak działają naprawdę te chipy to nawet najstarsi górale pewnie nie wiedzą.
Aby cały weekend był bombowy to do Łodzi nie przyjechać nie wypadało. Z drugiej strony myślałem sobie (jak się później okazało myślenie tego dnia nie było moją mocną stroną), że przepaliłem się w Rawie i na Kalonce będzie już o niebo lepiej.
Przejdę od razu do rzeczy...
Od startu szedł gaz. Noga podawała...bo było z górki :) Pierwsze zmarszczki zaliczone w siodle. Gdybym miał w kieszonce aparat to pewnie strzelał bym foty na lewo i prawo. No bo było niby szybko cały czas ale rezerwa była spora. Na kolejnych zmarszczkach już było ciekawiej. Zaczęły się pojedyncze strzały. Ja nawet pokusiłem się pchnąć jednego kolegę aby nie dymił zbyt mocno, chociaż nie miałem pojęcia czy dymi czy staje na siku :) Wieczorem w trakcie rozmowy okazało się, że jednak miał bombę....
Kilka km dalej przyszła pora na mnie. Przy dość niskim tętnie, na jednym z podjazdów strzeliłem błyskawicznie. Dobrze, że to nie Zakopane i sztajfa szybko się skończyła. Z lekka się wypłaszczyło, potem z górki...mimo to musiałem zapodać szóstkę aby dogonić delikatnie zwalniający peleton.
Wjazd na drugą rundę okupiłem straszliwymi mękami. Nogi krzyczały POMOCY, jakby tego było mało to coś zaczęło uwierać w moje cztery litery (jak się później okazało minął termin przydatności do "spożycia" mojego pampersa).
Dokładnie w tym samym miejscu co na rundzie nr 1 zadymiło i w tym momencie było już po jeździe. Jednym słowem bomba dokończyła tylko to, co zaczęła jakieś 40 minut wcześniej. Był dym, był huk...do tego stopnia, że ktokolwiek mnie mijał (a było ich wielu) i krzyczał dawaj (czytaj: siadaj na koło) to ja nic nie słyszałem. No dobra, udawałem, że nie słyszę ale czy to miało jakieś znaczenie ???
Dalej spacerkiem na bazę, do auta, w cywilki i do domu...pierwszy DNF w tym sezonie :(
Poniższy post jest totalnie nie w moim stylu za co z góry wszystkich przepraszam :) Jeżeli jednak znajdzie się ktoś, kto uważa, że w takim właśnie powinienem pisać kolejne to śmiało proszę umieścić stosowne info w komentarzach, tutaj bądź na fejsie.
Zacznę, brzydko mówiąc, od dupy strony czyli od...
...bomby nr 3
Ta wybuchła dzisiaj u mnie w domu. Bomba mała, huk wielki i to tyle. Pisać o prywatnych sprawach w takim miejscu nie wypada więc na tym koniec. Dodam tylko, że dzięki niej (tej bombie) zacząłem szukać pomysłu jakby tutaj poprawić sobie humor...i wpadłem na to, że opiszę jak podczas ostatniego weekendu wybuchały bomby nr 1 i 2 :)
W zeszły wtorek coś zaczęło drapać po gardle. Przyplątała się infekcja....
Jak głupi zacząłem biegać po Ozorkowskich aptekach w celu kupienia złotego środka na bycie zdrowym. Dodam, że szukałem czegoś, co sprawi, że będę zdrów jak ryba w jeden dzień. Nie ważne, że był to pierwszy dzień choroby. Już przed wejściem do apteki gotów byłem uwierzyć we wszystko co mi powie szanowna pani aptekarka, np.: "bierz Pan, jutro wstaniesz Pan jak nowo-narodzony, a wszystko to za jedyne 250 zł z vatem".
Wydałem mniej (sporo mniej) ale z infekcją męczyłem się do piątku.
A wszystko to aby czasami przerwa w treningach nie była zbyt długa. Mało tego !!! Ubzdurałem sobie, że pojadę na ŻTC do Rawy w sobotę, będę w optymalnej formie, a w niedzielę w Łodzi udowodnię wszystkim , że mój sukces z dnia poprzedniego nie był dziełem przypadku :) (śmiech)
No to zaczynamy...
O bombie nr 1
No to jestem już w tej Rawie. Cały czas wmawiam sobie, że jestem zdrowy (tak się czułem w piątek wieczorem) chociaż wiem, że tak wcale nie jest.
Na pierwszej rundzie było OK (do przejechania siedem po 13,5 km). Jadę czujnie, nie wychylam się mając na uwadze marną rozgrzewkę. Początek drugiej. W nogach czuć, że dzieje się coś niedobrego. Będzie bomba...będzie huk...będą mnie zbierać z trasy...a jutro w Łodzi to będę musiał udowadniać tylko tyle, że jestem cienki jak guma w majtach, co pewnie okaże się nie takie trudne (mam na myśli to moje udowadnianie).
Ale gdzie tam !!! Przez kolejne pięć okrążeń bawiłem się w sapera czyli robiłem wszystko aby tą bombę znaleźć i tym samym sprawić aby nie wybuchła. Gdybym ja to jednak robił z głową... Tymczasem ja faktycznie jej szukałem, ale kiedy znalazłem to zamiast rozbroić to ją zdetonowałem :) Efekt: dwa strzały, dwa razy pogoń, na finiszu jęzor do pasa, a do samochodu wpełzłem niczym paralityk...
Wieczorem w domu, kiedy sprawdzałem wyniki, okazało się, że mnie w nich nie ma. To pewnie za karę :) Swoją drogą, jak działają naprawdę te chipy to nawet najstarsi górale pewnie nie wiedzą.
O bombie nr 2
Aby cały weekend był bombowy to do Łodzi nie przyjechać nie wypadało. Z drugiej strony myślałem sobie (jak się później okazało myślenie tego dnia nie było moją mocną stroną), że przepaliłem się w Rawie i na Kalonce będzie już o niebo lepiej.
Przejdę od razu do rzeczy...
Od startu szedł gaz. Noga podawała...bo było z górki :) Pierwsze zmarszczki zaliczone w siodle. Gdybym miał w kieszonce aparat to pewnie strzelał bym foty na lewo i prawo. No bo było niby szybko cały czas ale rezerwa była spora. Na kolejnych zmarszczkach już było ciekawiej. Zaczęły się pojedyncze strzały. Ja nawet pokusiłem się pchnąć jednego kolegę aby nie dymił zbyt mocno, chociaż nie miałem pojęcia czy dymi czy staje na siku :) Wieczorem w trakcie rozmowy okazało się, że jednak miał bombę....
Kilka km dalej przyszła pora na mnie. Przy dość niskim tętnie, na jednym z podjazdów strzeliłem błyskawicznie. Dobrze, że to nie Zakopane i sztajfa szybko się skończyła. Z lekka się wypłaszczyło, potem z górki...mimo to musiałem zapodać szóstkę aby dogonić delikatnie zwalniający peleton.
Wjazd na drugą rundę okupiłem straszliwymi mękami. Nogi krzyczały POMOCY, jakby tego było mało to coś zaczęło uwierać w moje cztery litery (jak się później okazało minął termin przydatności do "spożycia" mojego pampersa).
Dokładnie w tym samym miejscu co na rundzie nr 1 zadymiło i w tym momencie było już po jeździe. Jednym słowem bomba dokończyła tylko to, co zaczęła jakieś 40 minut wcześniej. Był dym, był huk...do tego stopnia, że ktokolwiek mnie mijał (a było ich wielu) i krzyczał dawaj (czytaj: siadaj na koło) to ja nic nie słyszałem. No dobra, udawałem, że nie słyszę ale czy to miało jakieś znaczenie ???
Dalej spacerkiem na bazę, do auta, w cywilki i do domu...pierwszy DNF w tym sezonie :(
Poniżej pamiątka z Kalonki:
@wiki
poniedziałek, 27 maja 2013
Zaniedbałem...na szczęście tylko bloga :) Dlaczego ? Trening, praca, dom i...wyścigi.
Pewnie, były dni, kiedy mogłem usiąść i coś naskrobać ale wyszło jak wyszło. Z jednej strony to nie ma tego złego bo jest teraz o czym pisać, z drugiej jednak to trochę się tego nazbierało...damy radę :) Miłej lektury.
Jeden wyścig, dwa cykle: Road Maraton i Masters. Pogoda średnia i to bardzo...chyba nawet można zaryzykować i napisać, że jak na koniec kwietnia to strasznie zimno.
Do przejechania 86 km, trzy rundy. Na starcie mieszanka, towarzystwo znane z RM (między innymi Jas-Kółka czy Bikeholicy) i znane nazwiska ze środowiska masters. Z Łodzi Leduch, Sumara i Omiot, Żoliber w pełnym i mocnym składzie, Lublin, TTC Jade Toruń i inni...
Sama trasa bardzo fajna. Byłem w lekkim szoku, gdy faktycznie okazało się (org przed startem ostrzegał), że na rundzie nie brakuje podjazdów (nie były to sztajfy jak na południu ale zawsze). Wszystko naturalnie do podjechania z płyty ale lekko nie było, przynajmniej dla mnie.
Lekko nie było ale mimo wszystko radziłem sobie całkiem nieźle (nie tylko na sztajfach ale także na całej rundzie). Ponieważ przespałem całą zimę to miałem dość spore obawy jak wypadnę... Jak już byłem po, to stwierdziłem, że pewnie moje nazwisko nie będzie nigdy wymieniane w gronie faworytów na żadnym z wyścigów ale "statystą" także nie będę.
Było kilka skoków (na przetarcie, nie na odjazd), były momenty kiedy brakowało mocy, były chwile gdy czułem, że nóżka kręci całkiem fajnie. Było git :)
Na kreskę wpadłem w około 40-osobowej grupie (uciekinierzy z przodu byli w liczbie 15). Finisz nie był dla typowych sprinterów. 90 stopni w prawo i jakieś 150 metrów do kreski. Kto na zakręcie był za daleko to i ekstra mocna noga tego dnia na pewno nie pomogła. Zameldowałem się w czubie zajmując ostatecznie 11 miejsce w swojej kategorii (na 54). Warto dodać, że na starcie stanęło Nas ponad setka, co w przypadku startu wspólnego to już liczba godna podziwu :)
To była sobota (27/04)...
Dzień przed, czyli w piątek pojawił się pomysł aby zostać na noc i w niedzielę zaliczyć w Toruniu trening z Michałem Kwiatkowskim. Spanie było ale do Torunia nie pojechałem. Trening miał mieć charakter raczej "wycieczkowy", dystans miał być przede wszystkim bardzo krótki i zrezygnowałem. Z pełnym szacunkiem dla osiągnięć Michała...chodziło bardziej o pogaduchy przed treningiem i w trakcie...między innymi o jego bardzo udanych startach we wiosennych klasykach. Byłaby to na pewno nie lada gratka ale mimo to odpuściłem.
Rzut beretem od Brodnicy, punktowany wyścig masters. Idealna okazja na kolejne przepalenie nogi. Były chęci i smak na wynik....nie miało być jednak pogody.
Rano padało, rezygnacja nie wchodziła w grę. Jak już jestem to jadę i umarł w butach. Na 2 godziny przed startem pogoda wyklarowała się. Opady ustały, asfalt wysechł...będzie OK (???).
I było :) Pogoda zlitowała się do tego stopnia, że sporo było słońca.
W porównaniu do Brodnicy na starcie garstka (razem z cyklosport było nas nieco ponad 20 chłopa). Do zaliczenia 70 km, krótkie i szybkie ? rundy, jeden odcinek z fajnymi zmarszczkami, jakby tego było mało to w odkrytym terenie czyli będą ranty.
Przez cały wyścig ranty, skoki, ranty, skoki....swoich sił także spróbowałem ale jak zwykle (śmiech) albo brakowało mocy, albo szczęścia, albo nie było decyzji...albo decyzja była ale stanowczo za późno :)
Na osłodę został mi finisz z mocno okrojonej głównej grupki. Długi i minimalnie pod górę (jakby to było w zeszłym sezonie lub dwa do tyłu to napisałbym, że idealnie dla mnie)... Noga w końcówce ciężka, ostatecznie linię mety minąłem drugi (z mojej grupki). Ostatecznie 7 miejsce w M30 :)
To była niedziela (28/04)...
W kalendarzu było w czym wybierać. Poznań, Koło x 2, Olsztyn k/Częstochowy, a także Klasyk Beskidzki w Łosiach (okolice Gorlic i Nowego Sącza) na południu Polski. Na piątek (3 maj) zaplanowałem Poznań, na niedzielę zaś (5 maj) start wspólny w Kole. Miałem smaka na start w czasówce w sobotę (także w Kole). Na szczęście wizja "fatalnego" wyniku (i wstyd) była silniejsza od sprawdzenia się w ITT.
Do startu na Poznańskim Torze Samochodowym w Przeźmierowie zrobiłem trzecie podejście (dwa poprzednie w latach 2011-2012)...tym razem udane.
Dystans 60 km, runda 4 km, 15 okrążeń, całkowicie zamknięty ruch (co na torze samochodowym jest sprawą oczywistą), idealna nawierzchnia, mnóstwo technicznych zakrętów i...deszcz od samego początku aż do mety. Na starcie takie nazwiska jak: Kozal, Lonka, Spławski, Jach czy Bonecki. Przebieg wyścigu w skrócie: mnóstwo skoków (wszystko kasowane w zarodku), szybkie tempo (średnia w tym ulewnym deszczu wyszła prawie 39 km/h) i finisz z grupy. Długi i znów (poprzednio w Bobrowie) delikatnie pod górę. Ujechany dość mocno finiszowałem na tyle ile fabryka dała (a dało bardzo mało). Przede mną linie mety minęło sporo kolegów i nie liczyłem w zasadzie na nic szczególnego. Tym bardziej byłem mocno (i pozytywnie) zaskoczony, gdy okazało się, że jestem trzeci w M30.
Niestety moja radość trwała krótko. Ktoś reklamował, że go nie ma w wynikach, ten ktoś był z trzydziestki i ten ktoś stanął na trzecim miejscu podium. Zły nie byłem, jedynie lekko rozczarowany... Miałem nosa gdy nie przyjąłem od Piotrka (kolega z Drużyny Szpiku) gratulacji. Powiedziałem: "wyczytają to będzie graba :)". Wyczytali, po sekundzie była poprawka, że nastąpiła pomyłka, ble, ble, ble...
Czwarte...najgorsze z możliwych, ale przed startem liczyłem na miejsce w pierwszej piątce także plan wykonany.
Bardzo fajnie było spotkać się z Maćkiem, Piotrkiem i Darkiem. Wszyscy startowali w czerwonych koszulkach Drużyny Szpiku. Mimo fatalnej pogody dzielnie dopingowała nas Maja (żona Rozmiara). Nie zabrakło również Rafała ("opiekun" kolarzy w fundacji), który uwiecznił Nasze zmagania na zdjęciach !
Wszystkim z Drużyny wielkie dzięki za spotkanie i z tego "miejsca" gorąco Was pozdrawiam.
Poniżej dwa fajne shooty (autorstwa Rafała oczywiście), przed i po :)
Pewnie, były dni, kiedy mogłem usiąść i coś naskrobać ale wyszło jak wyszło. Z jednej strony to nie ma tego złego bo jest teraz o czym pisać, z drugiej jednak to trochę się tego nazbierało...damy radę :) Miłej lektury.
Sezon 2013 zacząłem w Brodnicy
Jeden wyścig, dwa cykle: Road Maraton i Masters. Pogoda średnia i to bardzo...chyba nawet można zaryzykować i napisać, że jak na koniec kwietnia to strasznie zimno.
Do przejechania 86 km, trzy rundy. Na starcie mieszanka, towarzystwo znane z RM (między innymi Jas-Kółka czy Bikeholicy) i znane nazwiska ze środowiska masters. Z Łodzi Leduch, Sumara i Omiot, Żoliber w pełnym i mocnym składzie, Lublin, TTC Jade Toruń i inni...
Sama trasa bardzo fajna. Byłem w lekkim szoku, gdy faktycznie okazało się (org przed startem ostrzegał), że na rundzie nie brakuje podjazdów (nie były to sztajfy jak na południu ale zawsze). Wszystko naturalnie do podjechania z płyty ale lekko nie było, przynajmniej dla mnie.
Lekko nie było ale mimo wszystko radziłem sobie całkiem nieźle (nie tylko na sztajfach ale także na całej rundzie). Ponieważ przespałem całą zimę to miałem dość spore obawy jak wypadnę... Jak już byłem po, to stwierdziłem, że pewnie moje nazwisko nie będzie nigdy wymieniane w gronie faworytów na żadnym z wyścigów ale "statystą" także nie będę.
Było kilka skoków (na przetarcie, nie na odjazd), były momenty kiedy brakowało mocy, były chwile gdy czułem, że nóżka kręci całkiem fajnie. Było git :)
Na kreskę wpadłem w około 40-osobowej grupie (uciekinierzy z przodu byli w liczbie 15). Finisz nie był dla typowych sprinterów. 90 stopni w prawo i jakieś 150 metrów do kreski. Kto na zakręcie był za daleko to i ekstra mocna noga tego dnia na pewno nie pomogła. Zameldowałem się w czubie zajmując ostatecznie 11 miejsce w swojej kategorii (na 54). Warto dodać, że na starcie stanęło Nas ponad setka, co w przypadku startu wspólnego to już liczba godna podziwu :)
To była sobota (27/04)...
Dzień przed, czyli w piątek pojawił się pomysł aby zostać na noc i w niedzielę zaliczyć w Toruniu trening z Michałem Kwiatkowskim. Spanie było ale do Torunia nie pojechałem. Trening miał mieć charakter raczej "wycieczkowy", dystans miał być przede wszystkim bardzo krótki i zrezygnowałem. Z pełnym szacunkiem dla osiągnięć Michała...chodziło bardziej o pogaduchy przed treningiem i w trakcie...między innymi o jego bardzo udanych startach we wiosennych klasykach. Byłaby to na pewno nie lada gratka ale mimo to odpuściłem.
Wystartowałem natomiast w Bobrowie
Rzut beretem od Brodnicy, punktowany wyścig masters. Idealna okazja na kolejne przepalenie nogi. Były chęci i smak na wynik....nie miało być jednak pogody.
Rano padało, rezygnacja nie wchodziła w grę. Jak już jestem to jadę i umarł w butach. Na 2 godziny przed startem pogoda wyklarowała się. Opady ustały, asfalt wysechł...będzie OK (???).
I było :) Pogoda zlitowała się do tego stopnia, że sporo było słońca.
W porównaniu do Brodnicy na starcie garstka (razem z cyklosport było nas nieco ponad 20 chłopa). Do zaliczenia 70 km, krótkie i szybkie ? rundy, jeden odcinek z fajnymi zmarszczkami, jakby tego było mało to w odkrytym terenie czyli będą ranty.
Przez cały wyścig ranty, skoki, ranty, skoki....swoich sił także spróbowałem ale jak zwykle (śmiech) albo brakowało mocy, albo szczęścia, albo nie było decyzji...albo decyzja była ale stanowczo za późno :)
Na osłodę został mi finisz z mocno okrojonej głównej grupki. Długi i minimalnie pod górę (jakby to było w zeszłym sezonie lub dwa do tyłu to napisałbym, że idealnie dla mnie)... Noga w końcówce ciężka, ostatecznie linię mety minąłem drugi (z mojej grupki). Ostatecznie 7 miejsce w M30 :)
To była niedziela (28/04)...
Pora na majówkę
W kalendarzu było w czym wybierać. Poznań, Koło x 2, Olsztyn k/Częstochowy, a także Klasyk Beskidzki w Łosiach (okolice Gorlic i Nowego Sącza) na południu Polski. Na piątek (3 maj) zaplanowałem Poznań, na niedzielę zaś (5 maj) start wspólny w Kole. Miałem smaka na start w czasówce w sobotę (także w Kole). Na szczęście wizja "fatalnego" wyniku (i wstyd) była silniejsza od sprawdzenia się w ITT.
Do startu na Poznańskim Torze Samochodowym w Przeźmierowie zrobiłem trzecie podejście (dwa poprzednie w latach 2011-2012)...tym razem udane.
Dystans 60 km, runda 4 km, 15 okrążeń, całkowicie zamknięty ruch (co na torze samochodowym jest sprawą oczywistą), idealna nawierzchnia, mnóstwo technicznych zakrętów i...deszcz od samego początku aż do mety. Na starcie takie nazwiska jak: Kozal, Lonka, Spławski, Jach czy Bonecki. Przebieg wyścigu w skrócie: mnóstwo skoków (wszystko kasowane w zarodku), szybkie tempo (średnia w tym ulewnym deszczu wyszła prawie 39 km/h) i finisz z grupy. Długi i znów (poprzednio w Bobrowie) delikatnie pod górę. Ujechany dość mocno finiszowałem na tyle ile fabryka dała (a dało bardzo mało). Przede mną linie mety minęło sporo kolegów i nie liczyłem w zasadzie na nic szczególnego. Tym bardziej byłem mocno (i pozytywnie) zaskoczony, gdy okazało się, że jestem trzeci w M30.
Niestety moja radość trwała krótko. Ktoś reklamował, że go nie ma w wynikach, ten ktoś był z trzydziestki i ten ktoś stanął na trzecim miejscu podium. Zły nie byłem, jedynie lekko rozczarowany... Miałem nosa gdy nie przyjąłem od Piotrka (kolega z Drużyny Szpiku) gratulacji. Powiedziałem: "wyczytają to będzie graba :)". Wyczytali, po sekundzie była poprawka, że nastąpiła pomyłka, ble, ble, ble...
Czwarte...najgorsze z możliwych, ale przed startem liczyłem na miejsce w pierwszej piątce także plan wykonany.
Bardzo fajnie było spotkać się z Maćkiem, Piotrkiem i Darkiem. Wszyscy startowali w czerwonych koszulkach Drużyny Szpiku. Mimo fatalnej pogody dzielnie dopingowała nas Maja (żona Rozmiara). Nie zabrakło również Rafała ("opiekun" kolarzy w fundacji), który uwiecznił Nasze zmagania na zdjęciach !
Wszystkim z Drużyny wielkie dzięki za spotkanie i z tego "miejsca" gorąco Was pozdrawiam.
Poniżej dwa fajne shooty (autorstwa Rafała oczywiście), przed i po :)
Dwa dni później w Kole
Nareszcie wiosenna pogoda. Nie do końca :) bo średnia temperatura w granicach 26-27 to już prawie upał...
Do przejechania 75 km (razem z dojazdem na ostry). Jedna runda, malownicza i fajna trasa. Sporo wąskich i technicznych odcinków. Dobra paka do ścigania także działo się. Noga podawała w miarę ale nie na tyle aby załapać się w odjazd na kreskę. Jak zwykle (wiem, wiem, powtarzam się) brakowało momentami szczęścia, momentami mocy... Ciekawostka: jechałem Danielowi Chądzyńskiemu na kole gdy ten bryknął ni z tego ni z owego. Przez chwilę zawahałem się ale ostatecznie powiedziałem sobie: "nie, nie tym razem". I tutaj sprawdziło się powiedzenie "kto nie ryzykuje ten nie ma". Daniel pojechał, ja nie skoczyłem ale skoczył ktoś inny...z przodu uformowała się mała ucieczka, która dojechała do mety. I Daniel w M30 wygrał jak w roku ubiegłym :) Graty !!!!
Dziwny był trochę finisz....ale to już wynikało z mojej niewiedzy i w pewnym stopniu z nieznajomości trasy. Wjazd do jakiegoś "większego" miasta. Mocne tempo, nerwówka, jakaś kraksa... Z licznika wynikało, że do krechy jeszcze koło dyszki. Nie pcham się, stwierdzam, że mam czas. Miejscowego pytam ile jeszcze. Ten odpowiada, że jakieś 7 km. Tymczasem tym większym miastem okazało się Koło...do mety był kilometr a nie siedem...licznik pokazywał 65 ale bez dojazdu na ostry. Byłem za daleko. Dwa ronda i kiedy zorientowałem się, że sadzimy na kreskę to było już za późno. Szkoda bo czułem się mocny w końcówce. Łykałem ilu się dało i starczyło na 6 miejsce w M30.
Wielki minus...gdzie tam wielki, OGROMNY !!! dla orgów. Cały wyścig przejechany bez pilota !!! Ani żadnego samochodu "cywilnego" ani Policji !!! Dalej już bez komentarza...
Kolejne posty niebawem...
@wiki
wtorek, 16 kwietnia 2013
...czyli plany na sezon 2013
I - bankowo czy jak kto woli "nie ma lipy - jedziemy"...
11/05 (sobota) - Tour De Powiat, Parzęczew
12/05 (niedziela) - Tour De Powiat, Zgierz
18/05 (sobota) - Tour De Powiat, Głowno
19/05 (niedziela) - Tour De Powiat, Aleksandrów Łódzki
09/06 (niedziela) - Maraton Jastrzębi Łaskich, Łask
15/06 (sobota) - MP Masters ze startu wspólnego, Strawczyn
16/06 (niedziela) - Masters, Aleksandrów Łódzki
27/07 (sobota) - Tatry Tour, Słowacja
04/08 (niedziela) - ŻTC, Masters, Tuszyn
01/09 (niedziela) - Tour De Rybnik, Rybnik
II - chciałbym pojechać...
20/04 (sobota) - Masters, Janów
21/04 (niedziela) - Masters, Konopiska
27/04 (sobota) - Masters/RM, Brodnica
04/05 (sobota) - Masters, Koło
05/05 (niedziela) - Masters, Koło
05/05 (niedziela) - Masters, Koło
09/06 (niedziela) - Masters, Psary
29/06 (sobota) - Masters, Bieliny
18/08 (niedziela) - Masters, Żyrardów
25/08 (niedziela) - Amber Road TTT, Gostyń
III - gdzieś pojadę na 100%, tylko nie wiem gdzie...
26/05 (niedziela) - Masters, Łódź
26/05 (niedziela) - Maraton, MP Szpikowe, Leszno
@wiki
środa, 3 kwietnia 2013
Długo mnie nie było... Jest o czym pisać bo zacząłem jeździć (nie mylić z trenować !!!) ale zanim zacznę o sobie to...
Zastanawiałem się swego czasu nad jakimś stałym "punktem" mojego bloga. Coś w rodzaju codziennych wiadomości w TV...
Zapraszam na pierwszą odsłonę Bike Telegram :)
Dziękujemy...
Podziękowania dla Michała Kwiatkowskiego i Przemka Niemca za moc emocji na trasie Tirreno-Adriatico !!! Kwiatek zaczął (wspólnie z kolegami z ekipy) od najwyższego stopnia podium na pierwszym etapie (TTT), a skończył na 4-tym miejscu w generalce. Pudło przegrał z Contadorem o jedną sekundę. To jednak nie wszystkie jego wyczyny podczas ścigania we Włoszech. Po drugim etapie założył koszulkę lidera i chociaż jechał w niej tylko jeden dzień to robił wszystko co mógł aby dowieźć do mety jak najlepszą lokatę. Z takimi wycinakami jak : Contador, Nibali, Froome, Rodriguez czy Kreuziger walczył jak równy z równym i pokazał, że nie ma zamiaru odgrywać w peletonie roli statysty.
Przemek jechał na swoim dobrym i równym poziomie. Ostatecznie w generalce był w dysze pokazując tym samym, że będzie się liczył w tym sezonie...
"Ciolek wygrał, ale dziś każdy jest bohaterem"
Primavera - tak nazywane są wiosenne MŚ czyli klasyk Mediolan-San Remo. Okazało się jednak, że nazwa było tego dnia mocno nieaktualna. Bardzo niska temperatura, opady śniegu i deszczu ze śniegiem, to warunki w jakich przyszło się ścigać Fabianowi i spółce. Pogoda była na tyle wredna, że kilkadziesiąt km trasy było nieprzejezdne i kolarze odcinek, na którym był między innymi podjazd Passo Turchino, musieli pokonać w autobusach.
"Dziś każdy jest bohaterem" - tak powiedział po wyścigu Cancellara o wyścigu. Największym miał zostać jednak on albo Sagan. Tymczasem faworytów na finiszu pokonał nie pro-tourowy Gerald Ciolek z MTN-Qhubeka. Słowak musiał zadowolić się drugim miejscem, a Fabian trzecim. Obaj chyba nie brali rywala pod uwagę na końcowych kilometrach, tym bardziej jakże "cenne" były ich zdziwione miny po minięciu kreski, kiedy "ktoś" minął nią przed nimi...
Ekstremalnie trudny i wyczerpujący wiosenny (śmiech) klasyk pokazał nam, kto będzie grał pierwsze skrzypce podczas zbliżających się jednodniowych wyścigów w Belgii, Holandii czy Francji...
Zastanawiałem się swego czasu nad jakimś stałym "punktem" mojego bloga. Coś w rodzaju codziennych wiadomości w TV...
Zapraszam na pierwszą odsłonę Bike Telegram :)
Dziękujemy...
Podziękowania dla Michała Kwiatkowskiego i Przemka Niemca za moc emocji na trasie Tirreno-Adriatico !!! Kwiatek zaczął (wspólnie z kolegami z ekipy) od najwyższego stopnia podium na pierwszym etapie (TTT), a skończył na 4-tym miejscu w generalce. Pudło przegrał z Contadorem o jedną sekundę. To jednak nie wszystkie jego wyczyny podczas ścigania we Włoszech. Po drugim etapie założył koszulkę lidera i chociaż jechał w niej tylko jeden dzień to robił wszystko co mógł aby dowieźć do mety jak najlepszą lokatę. Z takimi wycinakami jak : Contador, Nibali, Froome, Rodriguez czy Kreuziger walczył jak równy z równym i pokazał, że nie ma zamiaru odgrywać w peletonie roli statysty.
Przemek jechał na swoim dobrym i równym poziomie. Ostatecznie w generalce był w dysze pokazując tym samym, że będzie się liczył w tym sezonie...
źródło: www.sport.wp.pl
"Ciolek wygrał, ale dziś każdy jest bohaterem"
Primavera - tak nazywane są wiosenne MŚ czyli klasyk Mediolan-San Remo. Okazało się jednak, że nazwa było tego dnia mocno nieaktualna. Bardzo niska temperatura, opady śniegu i deszczu ze śniegiem, to warunki w jakich przyszło się ścigać Fabianowi i spółce. Pogoda była na tyle wredna, że kilkadziesiąt km trasy było nieprzejezdne i kolarze odcinek, na którym był między innymi podjazd Passo Turchino, musieli pokonać w autobusach.
"Dziś każdy jest bohaterem" - tak powiedział po wyścigu Cancellara o wyścigu. Największym miał zostać jednak on albo Sagan. Tymczasem faworytów na finiszu pokonał nie pro-tourowy Gerald Ciolek z MTN-Qhubeka. Słowak musiał zadowolić się drugim miejscem, a Fabian trzecim. Obaj chyba nie brali rywala pod uwagę na końcowych kilometrach, tym bardziej jakże "cenne" były ich zdziwione miny po minięciu kreski, kiedy "ktoś" minął nią przed nimi...
Ekstremalnie trudny i wyczerpujący wiosenny (śmiech) klasyk pokazał nam, kto będzie grał pierwsze skrzypce podczas zbliżających się jednodniowych wyścigów w Belgii, Holandii czy Francji...
źródło: www.suipedali.it
Pierwsze medale "mastersów"...
...rozdano 24 marca podczas przełajowych MP w Bliżynie (świętokrzyskie). Około 70 kolarzy walczyło o koszulki Mistrza Polski przy ujemnej temperaturze i na trasie pełnej białego puchu. Mimo zimowej aury organizatorzy doskonale przygotowali trasę wokół zalewu, a poziom zawodów był naprawdę wysoki. Poniżej lista zwycięzców poszczególnych kategorii wiekowych:
70 B - Roman Pląsek (STC Skarżysko-Kamienna)
70 A - Edmund Grabowski (NAFTOKOR Gdańsk)
60 B - Zbigniew Krzeszowiec (Dobre Sklepy Rowerowe AUTHOR)
60 A - Waldemar Banasiński (MG LKS Błękitni Koziegłowy)
50 B - Wojciech Kwiecień (WIBATECH Ziemia Brzeska)
50 A - Jacek Brzózka (JBG-2 Professional MTB Team)
40 B - Sławomir Frejowski (MG LKS Olimpijczyk Szczekociny)
40 A - Grzegorz Tomasiak (KS MAYDAY Team)
30 - Mirosław Bieniasz (KCP EZZAT REGAMET BIENIASZ)
Cyklosport - Rafał Bartzel (niezrzeszony)
źródło: www.tvskarzysko.pl
Tour Des Flandres
Sagan, Cancellara czy Boonen ? Ta trójka bez wątpienia należała do grona faworytów podczas Ronde van Vlaanderen. A może "nasz" Michał Kwiatkowski ? Gdyby ktoś przed startem stawiałby na Polaka to powiedziałbym delikatnie: "bez przesady".
Przez ponad 100 km Kwiatek pracował w ucieczce dnia, a razem z nim między innymi Greipel, Tjallingi i Sieberg. Biorąc pod uwagę fakt, że Tom Boonen zakończył ściganie 20 km po starcie (kraksa) to Michał został liderem Omegi-Pharma. Czyżby ? Z tyłu był przecież jeszcze teoretycznie mocniejszy i bardziej doświadczony kolega z ekipy - Chavanel...
Kwiatek radził sobie bardzo dzielnie. Do tego stopnia, że regularnie urywał z koła wszystkich towarzyszy z ucieczki, a na 30 km do mety został z nim tylko Włoch Selvaggi z Vacansoleil.
źródło: www.facebook.com/OfficialMichalKwiatkowski
Na 18 km do mety głos zabrał Cancellara. Kasował wszystko co przed nim. Przez "chwilę" na jego kole jechali Sagan i Roelands, jednak na podjeździe pod Paterberg Szwajcar włączył szósty bieg i postanowił odjechać kompanom (unikając tym samym ryzyka, że Słowak ponownie zacznie cwaniakować i nie dawać mu zmian).
źródło: www. rtbf.be
Ex mistrz świata w jeździe indywidualnej na czas szedł jak czołg i po raz drugi w karierze wygrał "Flandrię". Roelands nie nawiązał żadnej praktycznie walki na finiszu ze Słowakiem i Sagan był drugi.
Kwiatek ostatecznie zajął 40 miejsce, niedługo za nim przyjechał Maciej Bodnar (65 m).
@wiki






















